LinkedIn rusza do walki z AI-owym słopem na platformie
LinkedIn zapowiada ograniczenie zasięgów dla treści generowanych bezrefleksyjnie przez AI, pozbawionych konkretów. Platforma Microsoftu chce jednocześnie premiować autorów, którzy mają realną wiedzę i coś do powiedzenia.
LinkedIn ma dość zalewu treści tworzonych hurtowo przez sztuczną inteligencję - pustych wpisów, naszpikowanych charakterystycznymi dla AI zwrotami, bez żadnych konkretów czy argumentacji na poparcie często mocno wybrzmiewających tez. Ponieważ podobne zmęczenie tym zjawiskiem deklarują sami użytkownicy, serwis zdecydował się na konkretne działania. Jak podaje CNN, platforma chce teraz promować tych, którzy faktycznie mają coś wartościowego do przekazania.
Algorytm nauczy się wyłapywać słabą merytorycznie treść
Za projekt odpowiada zespół złożony w znacznej części z byłych dziennikarzy oraz ekspertów od mediów społecznościowych, którzy trenują model w rozpoznawaniu wartościowych publikacji. Podstawą jest karmienie systemu przykładami pozwalającymi odróżnić treść wartą uwagi od typowego slopu. Gdy algorytm uzna dany materiał za wygenerowany i niskiej jakości, jego zasięg poza krąg bezpośrednich kontaktów autora zostanie znacząco ograniczony.
Drugim filarem zmian są sami czytelnicy, którzy zyskają możliwość oznaczania podejrzanych treści jako slop. Kiedy liczba takich zgłoszeń przekroczy określony próg, autor otrzyma prywatną informację widoczną w statystykach swojego wpisu. LinkedIn zapewnia, że zanim dojdzie do takiego oznaczenia, system analizuje wiele czynników jednocześnie i ma być odporny na skoordynowane akcje masowego zgłaszania profili bez faktycznego uzasadnienia.
Jak duży jest problem AI na LinkedInie?
Skala zjawiska jest spora - potwierdzają to tegoroczne analizy firmy Pangram. Z badanej próby wynika, że ponad 40% wpisów na LinkedInie dłuższych niż 250 słów zostało zaklasyfikowanych jako w pełni stworzone przez modele językowe. Zbiór danych obejmował około miliona publikacji z pięciu platform, zebranych za zgodą użytkowników, którzy udostępnili swoje statystyki do analizy.
Trzeba jednak pamiętać, że narzędzia do wykrywania treści AI bywają zawodne - potrafią przepuścić tekst ewidentnie napisany przez LLM albo błędnie oznaczyć jako sztuczny materiał napisany przez człowieka. Wystarczy, że tekst zawiera równe akapity, popularne "długie myślniki", indeksy czy konstrukcje typu "to nie A, to B", by zostać posądzonym o pochodzenie od AI. Można to sprawdzić samemu.
Czy LinkedIn naprawdę odwraca się od AI?
Warto zaznaczyć jedną istotną rzecz: LinkedIn należy do Microsoftu, który sam udostępniał użytkownikom funkcje przepisywania postów przy pomocy sztucznej inteligencji. Mechanizm przeredagowujący treści ma zostać zastąpiony narzędziami nastawionymi na korektę i ogólne dopracowanie tekstu, bez ingerencji w sens tego, co chciał przekazać autor. W szczegółowych wytycznych dotyczących treści wspomaganych AI serwis nadal dopuszcza takie praktyki, pod warunkiem że publikacja wiernie odzwierciedla doświadczenie, wiedzę i punkt widzenia twórcy.
LinkedIn deklaruje więc walkę ze slopem, jednocześnie zostawiając pewną furtkę. Warto rozróżnić dwie sytuacje: wykorzystanie AI jako pomocy przy tworzeniu czegoś konkretnego oraz bezrefleksyjne wklejenie w pełni wygenerowanej treści do okienka publikacji posta. Pierwsze podejście nie jest niczym złym. Drugie - już tak.
Na LinkedInie szykują się więc spore zmiany. Autor materiału przyznaje, że jego wcześniejsza, i tak niezbyt pochlebna opinia o tym serwisie, tylko się pogłębiła, gdy poziom korporacyjnej patologii w nim osiągnął ogromne natężenie. Deklaruje przy tym, że z urzędu ma bardzo złe zdanie o korporacyjnej kulturze pracy, którą uważa za antyproduktywną - jego zdaniem niszczy ona ludzi ambitnych, a promuje postawy uległe, polegające na sprawnym posługiwaniu się niepisanym "korpokodeksem", by sprawiać wrażenie zaangażowania bez realnych działań, dobrze wypadać w statystykach, na spotkaniach i callach, a także trzymać się stanowiska lub piąć się po szczeblach kariery kosztem innych.
Wierzcie mi, że dużo bardziej wolę rozmawiać z wymagającym klientem w postaci bardzo specyficznego właściciela średniej lub dużej firmy, niż managerem średniego szczebla z korporacji, który przesiąkł środowiskiem, gdzie spędza minimum 8 godzin dziennie w dni powszednie.
autor artykułu, AntyWeb
Z takim klientem - jak zaznacza autor - porozumienie prędzej czy później się znajdzie. Z korporacyjnym managerem bywa inaczej, dlatego komunikację w takich przypadkach chętnie deleguje się innej osobie, dla dobra zarówno relacji, jak i samego projektu. Zastrzega jednak, że zdarzają się też managerowie, z którymi rozmowa przebiega całkiem normalnie - choć to, jego zdaniem, przypadki jednostkowe.
Źródło: AntyWeb


