Technologie

Kaseta z błędem w tytule i magazyn sprzed internetu, czyli jak dawniej polowano na muzykę Morrisseya

Autor opowiada o swojej kolekcjonerskiej pasji do nagrań Morrisseya i The Smiths, przy okazji odkrywając zapomniane polskie pismo 'Fonorama' z 1992 roku. Historia pokazuje, jak trudne było niegdyś zdobywanie rzetelnej wiedzy o muzyce - i że dziś, mimo internetu, wcale nie wiemy wszystkiego.

7 min czytania

Czasem łapię się na myśli, że wolałbym przyjść na świat kilkanaście lat wcześniej, najlepiej gdzieś w okolicach 'polskiego Manchesteru' - tego prawdziwego, angielskiego. Słowo 'żałuję' brzmi zbyt mocno i niesprawiedliwie, ale trudno oprzeć się takiemu marzeniu. Możliwość obejrzenia na żywo The Smiths, a potem śledzenia solowej kariery Morrisseya od samego początku, budzi we mnie coś w rodzaju zazdrości. Niesłusznie, bo powinienem raczej doceniać, że wciąż mogę chodzić na koncerty swojego ulubionego artysty, jeździć za nim po Europie, odkrywać nowe miasta i poznawać innych fanów.

Zamiast sześćdziesięciu koncertów mam na koncie sześć - i to mnie trochę uwiera, choć wiem, że jestem po prostu zbyt zachłanny. Są jednak i plusy bycia fanem w dzisiejszych czasach. Wystarczy zajrzeć na Allegro, OLX czy Vinted, by za niewielkie pieniądze upolować różne wydania płyt albo koszulek. Na YouTubie mogę śledzić właściwie każdy koncert i z góry wiedzieć, jakie utwory pojawiają się na trasie - co w latach 80. i 90. teoretycznie było możliwe dzięki fanowskim zinom, ale w praktyce wymagało dużo większego wysiłku, zwłaszcza w Polsce.

Niektórzy twierdzą zresztą, że tak było lepiej

Kiedyś koncert zyskiwał dodatkowy urok właśnie dzięki elementowi zaskoczenia. Dziś niecierpliwy fan pokroju autora bez trudu znajdzie w sieci setlistę wypełnioną w 95 procentach jeszcze przed rozpoczęciem show.

Autor przyznaje, że lubi wsłuchiwać się w opowieści o tym, jak dawniej odkrywało się nowe brzmienia. On sam miał zdecydowanie łatwiej - zdążył jeszcze zajrzeć do sklepów muzycznych, ale szybko przeniósł się w świat, gdzie mógł słuchać wszystkiego, na co miał ochotę, a nie tylko tego, co akurat leżało na półce.

Z licznych relacji wynika, że kiedyś wszystko rozbijało się o to, kto sprowadzał muzykę i z kim się nią dzielił. To dlatego scena gdańska słynęła z bogatego zaplecza - marynarze przywozili z zagranicy najciekawsze nowości, które potem powoli rozchodziły się po całym kraju. Popularność niektórych zagranicznych wykonawców w Polsce po dziś dzień bywa pokłosiem tego, że akurat częściej gościli w programach konkretnych prezenterów radiowych.

Słuchając takich historii, autor zawsze wyobrażał sobie ekscytację towarzyszącą kontaktowi ze świeżo odkrytą, dopiero co przywiezioną do Polski muzyką. Gdy on sam poznawał płyty, które ukształtowały jego gust, miał praktycznie natychmiastowy dostęp do całej dyskografii danego artysty. Wcześniej trzeba było zadowolić się jednym albumem - nie zawsze dlatego, że reszta jeszcze nie powstała, lecz dlatego, że na kolejną przesyłkę z zagranicy trzeba było po prostu poczekać.

Autor nigdy wcześniej nie zastanawiał się jednak, jaki był wtedy realny stan wiedzy fanów. Skąd ktoś w ogóle mógł wiedzieć, że dana płyta w ogóle istnieje? Może tłumaczył to prowadzący audycję radiową, może krążyły informacje w prasie muzycznej - w końcu jakaś wiedza musiała się rozprzestrzeniać. Nie było jednak żadnej gwarancji, że posiadane wydanie płyty jest zgodne z oryginałem z zachodu.

A różnice bywały naprawdę spore. Przykładem jest polskie kasetowe wydanie albumu 'Bona Drag' Morrisseya, które nosi tytuł... 'Bona Draga'. Różnicę widać gołym okiem, bo ta nieoficjalna, najpewniej piracka wersja wykorzystuje oryginalną okładkę znaną z CD i winylu.

Nieścisłości nie kończą się jednak na samym tytule. Polska składanka otwiera się utworem 'Everyday Is Like Sunday', przy czym tytuł ponownie zapisano błędnie, jako 'Sounday'. Kolejność utworów w ogóle nie pokrywa się z oryginalnym wydaniem.

Dla autora jako kolekcjonera i fana taki egzemplarz to prawdziwa perełka, tym cenniejsza, że rodzima. Ówczesnego, przeciętnego słuchacza takie wydanie mogło jednak po prostu wprowadzać w błąd. Dziś każdą tego typu pomyłkę da się w kilka sekund zweryfikować na Wikipedii, platformie streamingowej czy Discogs. Czy dawniej podobne rzeczy rzeczywiście pozostawały tajemnicą?

Nie do końca

Czerwcowe wydanie 'Teraz Rocka' zaskoczyło autora nie tylko wywiadem z Morrisseyem - artysta rzadko udziela rozmów, a w polskiej prasie ukazały się prawdopodobnie zaledwie cztery, licząc tę najnowszą - ale też samą okładką. Nie przypominał sobie, by wcześniej jakiekolwiek polskie pismo zdecydowało się na taki krok.

Był tego pewien, dopóki Allegro, informując go o nowych aukcjach, nie ujawniło istnienia pisma 'Fonorama'. Numer z lutego 1992 roku miał na okładce właśnie Morrisseya, a całe wydanie poświęcono The Smiths oraz - co ciekawe - Trubadurom. Trudno o bardziej nietypowe zestawienie.

Czym w ogóle jest 'Fonorama'? Autor nie miał o tym pojęcia. Postanowił zalicytować egzemplarz, a przy okazji dowiedział się, że było to pismo skierowane do kolekcjonerów płyt i kaset. Informacji na jego temat jest niewiele - Wikipedia podaje, że ukazywało się drukiem w latach 1990-2001.

Od 2001 roku dostępne jest wyłącznie w postaci elektronicznej. Plonem działalności Fonoramy są m.in. pionierskie encyklopedie muzyczne „Rock’n’roll 1959-1973” (wyd. Rock Serwice) oraz multimedialny program „Rock w Polsce” (wyd. Optimus Pascal Multimedia). Siedziba redakcji mieści się w Krakowie, redaktorem naczelnym pisma był Wojciech Zając, a współpracowali z nim m.in. Marek Ćwikła, Artur Piskorz, Andrzej Robak, Jan Kawecki, Janusz Sadłowski.

Wikipedia

Odnośnik na Wikipedii do strony 'Fonoramy' prowadzi dziś do profilu na Allegro Lokalnie, gdzie obok masła, starych gazet i płyt CD można kupić też kilka archiwalnych numerów pisma. Autor jednak swój egzemplarz kupił od kogoś innego.

Po wygranej licytacji i odebraniu gazety okazało się, że opis sprzedającego był trafny. To coś w rodzaju Discogs sprzed epoki internetu. Magazyn zawiera dyskografie różnych zespołów, dzięki którym każdy kolekcjoner mógł ustalić, które wydanie jest oryginalne, kiedy się ukazało i jakie utwory znalazły się na płycie.

W przypadku The Smiths i Morrisseya informacje okazały się niezbyt precyzyjne, choć jak na początek lat 90. i tak stanowiły spory zasób wiedzy. Dyskografia The Smiths jest dokładniejsza - czytelnik poznawał nie tylko rok, ale i miesiąc wydania płyty. Przy solowych nagraniach Morrisseya (zapisanego zresztą jako 'Morriseya') musiał wystarczyć sam rok, choć przy singlach udało się już podać więcej szczegółów. Dość osobliwe podejście.

W piśmie znajduje się też dział 'Gabinet Osobliwości', poświęcony 'mało znanym lub zapomnianym wykonawcom'. Niektóre dyskografie, jak choćby zespołu Aya RL, opisano ze szczególną dokładnością. Nie zabrakło też swoistego poradnika dla kolekcjonera - w numerze posiadanym przez autora omówiono taśmy magnetyczne i bootlegi. Były też ogłoszenia (ktoś poszukiwał fanów The Cure) oraz adresy zagranicznych fanklubów.

Egzemplarz 'Fonoramy' z 1992 roku pozwolił autorowi wyobrazić sobie, jak niełatwe bywało życie fana muzyki w tamtych czasach. Dziś teoretycznie wiemy wszystko - ale czy na pewno na długo? Po głębszym zastanowieniu okazuje się, że wracamy do punktu wyjścia, bo skatalogowanie wszystkiego ponownie staje się karkołomnym zadaniem. Weźmy nagrania koncertowe - bootlegi istnieją od dawna, ale dziś jednego koncertu może krążyć kilka różnych wersji. Nie o wszystkich się dowiemy, bo część zarejestrowanych fragmentów trafia wyłącznie na TikToka albo pojawia się jedynie w relacji na żywo na Instagramie.

A co z prywatnymi playlistami użytkowników? Można je śmiało porównać do pirackich, nieoficjalnych wydań z lat 70., 80. czy 90. Dobór utworów i ich kolejność bywają równie intrygujące, jak w przypadku posiadanej przez autora kasety. Dlaczego ktoś zdecydował się przestawić utwory w taki, a nie inny sposób? Dziś tłumaczymy to nastrojem czy gustem twórcy playlisty, choć nie ma to większego znaczenia, bo takie zestawy powstają przede wszystkim na własny użytek. Przy dawnych kasetach odpowiedzialność była jednak nieco większa - osoba nagrywająca kopię stawała się kimś w rodzaju kuratora, mimo że wprowadzała album na rynek w sposób nielegalny.

Patrząc na swoją kasetę, autor zastanawia się, co kierowało jej twórcą. Zwykła pomyłka czy może celowa zmiana kolejności, bo autor kopii uznał, że album zabrzmi w ten sposób lepiej? Trudno odmówić mu wyczucia - do dziś 'Everyday Is Like Sunday' to utwór, który publiczność na koncertach śpiewa najgłośniej i z którego Morrissey nigdy nie rezygnuje, choć znany jest z pomijania wielu swoich największych przebojów. Autor ceni go właśnie za tę konsekwencję, choć część fanów narzeka, że nie mogą usłyszeć na żywo choćby 'There Is a Light That Never Goes Out'.

Także dziś nie wszystko jest dla nas dostępne. Nie poznamy każdej kompilacji ani intencji stojących za doborem utworów w danym zbiorze. Nie dotrzemy też do wszystkich nagrań koncertowych - mogą nam umknąć nawet piosenki nigdy oficjalnie niewydane, które gdzieś krążą w sieci, tylko jeszcze na nie nie trafiliśmy. Pod tym względem wciąż jesteśmy trochę jak czytelnicy 'Fonoramy' z lutego 1992 roku.

Źródło: Spider's Web

Źródło: Spider's Web