AI

Gdy czatbot staje się wzorcem rozmówcy: internetowe awantury w cieniu AI

Ostatnie internetowe spory - od odmowy wywiadu przez Olgę Tokarczuk po krytykę Jamesa Hetfielda - pokazują, że przyzwyczailiśmy się do rozmówcy, który zawsze mówi to, co chcemy usłyszeć. Czy sztuczna inteligencja rozleniwiła nas w dyskusjach z prawdziwymi ludźmi?

7 min czytania

Rozmowy z czatbotami już nas zmieniły. "Będzie tylko gorzej"
Rozmowy z czatbotami już nas zmieniły. "Będzie tylko gorzej"

Ostatnie afery w sieci skutecznie odebrały autorowi optymizm. Dla porządku warto przypomnieć, od czego się zaczęło - a zaczęło się od sprawy najgłośniejszej.

Chodzi o sytuację, w której noblistka Olga Tokarczuk nie zgodziła się na rozmowę z dziennikarzem "Rzeczpospolitej". Decyzję podjęła właściwie nie ona sama, lecz jej otoczenie, które ocenić miało nadesłane pytania jako zbyt napastliwe i nie na miejscu.

W tym sporze racja leżała po obu stronach jednocześnie. Dziennikarz rzeczywiście powinien pytać wprost, nawet o sprawy niewygodne - to jego praca. Jednocześnie jednak nie każda rozmowa musi przerodzić się w pojedynek, a bohater wywiadu ma prawo odmówić, jeśli czuje się potraktowany jak podejrzany na przesłuchaniu.

Część komentujących zwracała uwagę, że w czasie premiery książki czasu na odpowiedzi jest mało, a przy tak rozpoznawalnym nazwisku o rozmowę zabiegają dosłownie wszyscy. Trudno się więc dziwić selekcji, zwłaszcza że nie zawsze wiadomo, czy pytający naprawdę szuka odpowiedzi, czy raczej materiału na skandal.

Możliwe jednak, że złośliwie zabrzmiały te pytania wyłącznie na ekranie komputera. Zadane osobiście, twarzą w twarz, mogłyby wybrzmieć zupełnie inaczej - jako coś bliższego porozumieniu niż atakowi. Nienawistna reakcja nie wzięła się znikąd, bo przecież każdy wie, że ta sama wiadomość na komunikatorze może zostać odczytana zupełnie inaczej, niż zamierzał jej nadawca - wszystko zależy od tego, jaki ton dopowiemy sobie w głowie.

Ta konkretna afera też mogła być produktem naszych czasów

Chwila nieuwagi wystarczy, by z iskry zrobił się pożar, a algorytmy tylko czekają na taką okazję, podsycając kolejne spięcia. Lawina rusza sama, bo strony sporu często z góry zakładają złe intencje przeciwnika - do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

Całą dyskusję dałoby się jednak sprowadzić do jednego pytania: czy noblistka, pisarz, aktor czy jakikolwiek celebryta ma obowiązek rozmawiać z każdym, kto o to poprosi? Pomijając już, czy w ogóle jest to fizycznie wykonalne - czy na znanych osobach w ogóle spoczywa taka powinność? Oczywiście, ktoś zarzuci, że w ten sposób sława zamyka się w bańce, dopuszczając do siebie jedynie tych, którzy prawią komplementy.

A może to właśnie przypomina sztuczną inteligencję? Ona przecież jest gotowa odpowiedzieć na wszystko każdemu, a to, że czegoś nie wie, wcale jej nie powstrzymuje - po prostu zmyśli. Doskonały rozmówca: nie obrazi się, nie zacznie kluczyć, nie powtórzy w kółko "tak, ale", "z drugiej strony" czy "to zależy". Odpowiedź pada natychmiast, zwykle dokładnie taka, jakiej oczekiwaliśmy. Jak doskonale ona nas rozumie!

Podobny w swojej naturze był inny internetowy spór z ostatnich dni. Znów nie chodziło o to, co ktoś powiedział, lecz o to, czego nie powiedział. Krytyka spadła na Jamesa Hetfielda, który stwierdził, że jego rolą jest grać muzykę i dostarczać ludziom rozrywki, a nie wygłaszać ze sceny jednoznaczne sądy o tym, jak powinien wyglądać świat.

Część odbiorców oburzyła się, przypominając, że w tekstach swoich piosenek zawsze poruszał trudne tematy, a teraz chce tylko bawić publiczność, przy okazji uszczypliwie komentując tych, którzy postępują inaczej.

I znów - można zrozumieć obie strony. Są tematy, w których trudno o jednoznaczność, ale są i takie, gdzie granica dobra i zła jest wyraźna. Czasem wystarczy to po prostu powiedzieć wprost.

Twierdzenie, że czasem trzeba odpocząć, bywa okrutne

Okrucieństwo bierze się stąd, że takie życzenie wygłasza się z bardzo komfortowej pozycji - widza koncertu, któremu nic nie zagraża, albo internauty zmęczonego kolejną polityczną kłótnią w sieci. Oczywiście, zdarzają się nieszczęśliwe wypadki czy akty szaleństwa, ale to wyjątki, nie reguła. W świecie, w którym toczą się wojny, nie każdy może pozwolić sobie na taki luksus zmęczenia opiniami i apelami o zmiany.

Można zrozumieć tych, którzy korzystają ze swojej pozycji, by mówić wprost o ważnych sprawach. Ale rozumiem też tych, którzy tego unikają - czasem z niewiedzy, czasem dlatego, że powiedzieli już na dany temat wszystko, co mieli do powiedzenia, a oczekiwanie powtórek nie ma sensu. Czasem po prostu chcą uciec od tematu albo uznają, że to nie ich rola - i wcale nie oznacza to poparcia dla sprawców krzywd.

Przypomina mi się wizyta w pubie, gdzie przy sąsiednim stoliku trzej mężczyźni zawzięcie dyskutowali o geopolityce. Puste szklanki po piwie udawały armie przesuwane po wyimaginowanej mapie, a dyskutanci planowali kolejne bitwy. Jeden twierdził, że Stany Zjednoczone powinny postąpić tak a tak, drugi wyliczał winy Ukrainy, trzeci - błędy Rosji. Mówili z taką pewnością, jakby przed chwilą wyszli z gabinetu po spotkaniu z głowami państw, a teraz cudem znaleźli się w pubie. Pomyślałem, że gdyby wpuścić ich na jakiś międzynarodowy szczyt, sprawa pokoju zostałaby załatwiona w pięć minut. Ale że ich to nie satysfakcjonowało i monolog trwał dalej, mimo że realny wpływ mieli jedynie na wybór kolejnego piwa, w końcu po prostu wyszedłem.

Cała scena wydała mi się groteskowa - zwyczajnie nie było to ani miejsce, ani czas na takie rozstrzygnięcia. Nie śmiałem się jednak z tamtych mężczyzn, lecz uświadomiłem sobie własną śmieszność, bo sam nieraz zachowywałem się podobnie, traktując skomplikowane sprawy jak coś oczywistego. Nie znając kulis, motywacji ani emocji, wygłaszałem sądy, co powinno się zrobić, nawet jeśli w ogóle mnie to nie dotyczyło.

To nie znaczy, że nie wolno wyrażać opinii, nawet tych stanowczych, niepopularnych czy krytycznych. Chodzi raczej o to, by pamiętać, że świat bywa bardzo skomplikowany. Druga osoba - nie mam tu na myśli żadnej wrogiej armii, tylko konkretnego człowieka - może mieć swoje powody, by zachować się tak, a nie inaczej. Nawet jeśli się myli, ma do tego prawo. Czasem, i to jest chyba najtrudniejsze, po prostu nie znamy całego kontekstu.

Podobny mechanizm widać było w innej, już trochę przebrzmiałej internetowej kłótni

Chodzi o sytuację, w której Książulo nie zachował się tak, jak oczekiwali tego widzowie. Szczególnie uderzyły mnie komentarze osób dziwiących się, że powiedział akurat to, a nie co innego - przecież gdyby postąpił inaczej, nie byłoby żadnej afery. Najbardziej rozbawił mnie jednak ktoś zdziwiony, że youtuber nie ma doradcy, który podpowiedziałby mu, co mówić, jak nagrywać i czego unikać. To zresztą złe podejście, bo mogłoby jeszcze bardziej rozwścieczyć publiczność.

W świecie, który tak mocno domaga się autentyczności, okazuje się, że prawdziwe ludzkie zachowania wcale nie podobają się tym samym odbiorcom, którzy rzekomo cierpią na brak szczerości wokół siebie. Autentyczność jest akceptowana, dopóki pokrywa się z tym, co odbiorcy sami myślą. Gdy jednak ktoś popełnia błąd, bo jest tylko człowiekiem, nagle pojawia się oczekiwanie wygładzenia i opanowania chaosu przez kogoś z zewnątrz.

W sztuce zawsze pociągał mnie właśnie brak idealności twórców, fakt, że idą własną ścieżką. Mam w głowie wyobrażenie ulubionych artystów, choć nie znam ich osobiście - sam je sobie wymyśliłem, więc mogę się na tym punkcie rozczarować. Jednak właśnie pójście pod prąd, powiedzenie czasem czegoś niewłaściwego, działanie wbrew oczekiwaniom sprawia, że widać w nich zwykłych ludzi, którzy mylą się tak jak każdy.

Oczywiście, trzeba znać granice i wiedzieć, czego mówić naprawdę nie wypada. Mowa tu jednak nie o sytuacjach skrajnych, lecz o sprawach dość zwyczajnych, jak choćby odmowa udzielenia wywiadu. Nie trzeba za to od razu kogoś palić na stosie i wybuchać oburzeniem. Komentować można, ale z uznaniem, że ktoś ma prawo postąpić inaczej, niż byśmy chcieli. Bo właśnie o to chodziło w tamtej krytyce - o to, że ktoś zachował się po swojemu, nie realizując scenariusza wymyślonego przez komentujących.

Takie oczekiwania wobec innych istniały zawsze, to nic nowego. Dziś jednak sytuacja jest inna, bo mamy do dyspozycji rozmówcę, który tych grzechów nie popełnia - odpowiada zawsze i zwykle dokładnie tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Wystarczy go lekko podpytać, a trafi w odpowiedni ton. Wystarczy wpisać, podobnie jak w przypadku noblistki, "kochana, a co sądzisz o tym i tamtym?", by wszystko poszło po naszej myśli.

Nie chodzi o to, że za wszystkie internetowe spory odpowiada przyzwyczajenie do rozmów z czatbotami

Przesadą byłoby twierdzenie, że ostatnie internetowe kłótnie wynikają wyłącznie z tego, że dyskutujący przyzwyczaili się do rozmów z czatbotami i teraz są zaskoczeni, gdy ktoś mówi coś niezgodnego z ich oczekiwaniami. Istnieje jednak ryzyko, że sztuczna inteligencja stanie się lekarstwem na to rozczarowanie - zawsze odpowie zgodnie z naszą wolą, nie postawi niewygodnego pytania i się nie odwinie. A jeśli nawet rzuci złośliwą uwagę, wielu uzna to za przejaw sprytu.

Takie lekarstwo może okazać się gorsze od choroby. Po co bowiem narażać się na rozczarowanie i irytację odpowiedziami innymi niż wymarzone? Tyle że wtedy jeszcze trudniej będzie porozumiewać się z ludźmi, którzy wybierają własną, niezależną drogę.

Źródło: Spider's Web

AI

Amerykańskie banki w obronie przed agentami AI na kontach klientów

Instytucje finansowe w USA zaczęły wykrywać na kontach klientów samodzielne działania agentów sztucznej inteligencji, które logują się cudzymi danymi i wykonują operacje niezależnie od poleceń właściciela. W odpowiedzi banki wprowadzają blokady i ograniczenia dostępu.

6 min czytania