Warszawa buduje europejski front przeciwko Mecie w sprawie fałszywych reklam
Polski rząd zabiega o wsparcie innych krajów Unii Europejskiej w sporze z Metą o oszukańcze reklamy. Dania i Finlandia jako pierwsze przekazały Komisji Europejskiej własne dowody.
Polska stara się nadać sporowi z Metą wymiar ogólnounijny. Rząd w Warszawie wystąpił do pozostałych krajów członkowskich z prośbą o przekazanie Komisji Europejskiej własnych materiałów dotyczących oszukańczych reklam, a na apel zdążyły już zareagować dwa państwa. Dania i Finlandia przesłały Brukseli swoją dokumentację, co może wpłynąć na przebieg postępowania toczącego się wobec platform należących do Mety. Celem polskiego rządu jest pokazanie, że problem fałszywych reklam nie ogranicza się do jednego kraju, lecz dotyka użytkowników Facebooka i Instagrama w całej Unii Europejskiej. Im więcej państw dostarczy własnych danych, tym pełniejszy obraz skali zjawiska zyska Komisja.
Polska nie chce zostać z tą sprawą sama
Informację o kolejnym etapie działań przekazał 17 września wiceminister cyfryzacji Dariusz Standerski podczas obrad sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii.
Inicjatorem korespondencji był Krzysztof Gawkowski, który skierował pismo do ministrów odpowiedzialnych za cyfryzację we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Polska prosiła o wsparcie oraz o przesłanie Komisji materiałów dowodowych dotyczących oszukańczych reklam pojawiających się w internecie. Na apel odpowiedziały dotychczas Dania i Finlandia, które przekazały swoje informacje Komisji Europejskiej.
Na razie nie powstaje jednak formalna europejska koalicja z odrębną strukturą czy osobnym postępowaniem. Rzecz dotyczy raczej koordynacji działań państw zmagających się z podobnymi trudnościami, które mogą wzbogacić prowadzone przez Komisję postępowanie o własne dowody. Warszawa liczy teraz na dołączenie kolejnych krajów.
Zaczęło się od wniosku o 250 mln euro kary
Polska od kilku tygodni wywiera silną presję na Brukselę w kwestii działania systemu reklamowego Mety. Pod koniec sierpnia minister cyfryzacji złożył w Komisji Europejskiej wniosek o nałożenie na spółkę kary sięgającej 250 mln euro. Powodem były oszukańcze reklamy publikowane na Facebooku i Instagramie, w tym takie, które wykorzystywały wizerunki znanych osób do promowania fikcyjnych inwestycji.
Polska stronie zależy, by Komisja Europejska ukarała Metę za sposób radzenia sobie z tego rodzaju reklamami. Podstawą wniosku były między innymi dane zebrane przez krajowe instytucje zajmujące się cyberbezpieczeństwem.
Jeden z przeprowadzonych testów szczególnie wyraźnie obrazował skalę zjawiska. Spośród 122 reklam zgłoszonych jako oszustwa, w 106 przypadkach decyzja platformy oznaczała pozostawienie materiału bez zmian, 10 reklam usunięto, a w 6 przypadkach nie doczekano się jakiejkolwiek odpowiedzi.
Jak wskazuje polski resort, właśnie dlatego potrzebne są dane pochodzące z innych krajów. Propozycja kary w wysokości 250 mln euro powstała na bazie informacji dotyczących wyłącznie rynku polskiego. Gdyby podobne materiały przygotowały też inne państwa, Komisja dysponowałaby szerszą podstawą do oszacowania skali szkód i ewentualnej sankcji. Ostateczna decyzja i tak należy jednak do Komisji Europejskiej, ponieważ ani Polska, ani żaden inny kraj członkowski nie może samodzielnie ukarać Mety w ramach tego postępowania.
Komisja już od dawna patrzy Mecie na ręce
Komisja Europejska wszczęła formalne postępowanie dotyczące Facebooka i Instagrama już w kwietniu 2024 roku, opierając się na Akcie o usługach cyfrowych (DSA). Jednym z badanych wątków jest właśnie kwestia zwodniczych reklam oraz tego, czy Meta w wystarczającym stopniu ogranicza ryzyko związane z ich rozpowszechnianiem.
Przepisy DSA dają Brukseli znacznie silniejsze instrumenty niż wcześniejsze unijne regulacje. Ponieważ Facebook i Instagram zaliczono do kategorii bardzo dużych platform internetowych, podlegają bezpośredniemu nadzorowi Komisji Europejskiej.
Gdyby Komisja stwierdziła naruszenie przepisów, maksymalna kara mogłaby wynieść nawet 6 proc. całkowitego rocznego obrotu firmy na całym świecie. Nie oznacza to jednak automatycznie, że taka sankcja zostanie nałożona w tej konkretnej sprawie - jej ostateczna wysokość zależy między innymi od charakteru, skali, czasu trwania i powtarzalności naruszenia.
Stawką są nie tylko reklamy z twarzami celebrytów
Sprawa nabrała w Polsce rozgłosu po kolejnych przypadkach wykorzystywania wizerunków znanych osób w fałszywych materiałach reklamowych. Jedną z osób najmocniej zaangażowanych w nagłaśnianie problemu jest Rafał Brzoska, którego wizerunek wielokrotnie pojawiał się w spreparowanych reklamach promujących nieistniejące inwestycje.
Skala procederu może być znacznie większa, niż wskazywałaby liczba pojedynczych zgłoszeń od użytkowników. Z analizy Fundacji Instrat wynika, że przychody Mety generowane przez oszukańcze reklamy kierowane do polskich internautów mogły sięgać około 760 mln zł rocznie. Meta zdecydowanie podważa te wyliczenia oraz metodologię, na której oparto raport. Firma podkreśla przy tym, że oszustwa uderzają również w jej własny biznes i w zaufanie do systemu reklamowego.
Koncern zapewnia, że rozwija automatyczne mechanizmy wykrywania takich treści. Według danych podawanych przez Metę większość usuwanych oszukańczych reklam jest blokowana jeszcze przed zgłoszeniem przez użytkowników. Firma wdrożyła też dodatkowe zabezpieczenia dotyczące weryfikacji reklamodawców z branży finansowej oraz wykrywania reklam podszywających się pod osoby publiczne. Sedno sporu tkwi więc nie w tym, czy Meta w ogóle podejmuje działania, lecz czy są one adekwatne do skali problemu.
Meta nie pojawiła się przed sejmową komisją
Sprawa zyskała dodatkowy wymiar właśnie 17 września. Przedstawicieli Mety zaproszono na specjalne posiedzenie sejmowej komisji poświęcone systemom reklamowym platform internetowych oraz oszustwom wykorzystującym generatywną sztuczną inteligencję. Ostatecznie firma nie wysłała nikogo na to spotkanie, unikając odpowiedzi na pytania dotyczące fałszywych reklam.
Tego samego dnia polski rząd ogłosił, że na europejski apel odpowiedziały Dania i Finlandia. Zbieg tych dwóch wydarzeń dobrze pokazuje kierunek, w jakim zmierza cała sprawa. Warszawa nie zamierza poprzestawać na rozmowach z polskim oddziałem firmy, lecz próbuje zebrać materiały z kolejnych krajów, by przekonać Komisję, że problem należy oceniać w skali całego unijnego rynku. Kluczowe będzie teraz to, ile kolejnych stolic zdecyduje się odpowiedzieć na apel i jaką wagę Komisja Europejska przypisze zgromadzonym w ten sposób dowodom.
Źródło: Spider's Web


