Naukowcy prześwietlili reklamy Google. Ponad 100 mln wyświetleń fałszywych ostrzeżeń i obietnic
Zespół badaczy z dwóch uczelni sprawdził blisko 189 tys. reklam dostępnych w systemie Google i znalazł tysiące materiałów wprowadzających w błąd. Okazało się też, że usunięcie jednej szkodliwej reklamy wcale nie oznaczało końca kampanii.
Ostrzeżenia o rzekomych wirusach, obietnice namierzenia dowolnego telefonu czy reklamy udające powiadomienia systemowe - to wszystko przeszło przez filtry Google i trafiło do europejskich użytkowników. Badacze przeanalizowali prawie 189 tys. reklam i wyłowili z nich tysiące podejrzanych treści, które łącznie obejrzano ponad 100 mln razy. Najbardziej zastanawiające okazało się jednak to, co działo się po zgłoszeniu problematycznych materiałów - Google potrafił skasować jedną szkodliwą reklamę, zostawiając jednocześnie dziesiątki innych prowadzących do tej samej strony.
Tysiące reklam przeoczonych przez Google i ponad 100 mln odsłon
Badacze z New York University oraz holenderskiego Radboud University stworzyli narzędzie o nazwie AdLens, które za pomocą sztucznej inteligencji automatycznie wyłapuje reklamy wprowadzające odbiorców w błąd. Pod lupę trafiło niemal 189 tys. wariantów reklam dotyczących oprogramowania, aplikacji mobilnych i sprzętu elektronicznego, pobranych z publicznego centrum przejrzystości reklam Google.
Opracowanie AdLens: Efficient Detection of Deceptive Software Ads wskazało trzy kategorie problematycznych treści. W pierwszej, liczącej 238 reklam, wykorzystywano strach przed fikcyjnym zagrożeniem. Druga, obejmująca aż 3346 reklam, zawierała fałszywe lub nierealne obietnice. Trzecia, z 258 materiałami, maskowała tożsamość reklamodawcy albo prawdziwy charakter oferowanej usługi.
Reklamy budujące poczucie zagrożenia zebrały ponad 16 mln wyświetleń. Z kolei materiały kuszące nierealistycznymi funkcjami programów odpowiadały za kolejne 89,9 mln odsłon. W sumie wykryte reklamy przekroczyły pułap 100 mln wyświetleń na terenie Europejskiego Obszaru Gospodarczego.
To jednak nie znaczy, że oszukanych zostało 100 mln osób. Samo wyświetlenie reklamy nie jest tożsame z jej kliknięciem, instalacją aplikacji czy utratą środków finansowych. Dane pokazują natomiast, że podejrzane treści mogły docierać do bardzo szerokiego grona internautów, mimo działających mechanizmów moderacyjnych.
178 wirusów w telefonie - reklama po polsku też się pojawiła
Jednym z najpopularniejszych trików okazał się tzw. scareware, czyli reklamy obliczone na wywołanie paniki. Odbiorca widzi komunikat, że jego smartfon padł ofiarą hakerów, komputer jest zainfekowany, albo że konto zaraz zostanie zablokowane. Zaraz potem pojawia się sugestia natychmiastowego pobrania aplikacji, która ma rozwiązać problem.
Wśród wykrytych materiałów znalazła się także reklama w języku polskim, informująca, że telefon z Androidem został zaatakowany podczas odwiedzania stron dla dorosłych i że wykryto na nim 178 wirusów. Badacze szacują, że wygenerowała ona około 1,1 mln wyświetleń.
To nie był jedyny przykład grania na emocjach. Naukowcy natrafili też na reklamy podszywające się pod powiadomienia Google Play oraz fałszywe ostrzeżenia o przejęciu konta. Takie komunikaty mają skłaniać do natychmiastowej reakcji, zanim użytkownik zdąży zweryfikować, czy zagrożenie w ogóle istnieje.
Podobny mechanizm Spider's Web opisywał już wcześniej - cyberprzestępcy korzystali wówczas z Google Ads, by przekierowywać internautów na strony udające komunikaty bezpieczeństwa i informacje o zablokowanym komputerze. Najnowsze badanie pokazuje jednak, że skala zjawiska jest znacznie większa, niż wcześniej sądzono.
Oszuści nie zawsze zresztą sięgają po strach. Jedna z reklam obiecywała możliwość ustalenia lokalizacji dowolnej osoby na podstawie samego numeru telefonu. Funkcjonowała przez ponad dwa lata i zebrała 14,5 mln wyświetleń. Inna przekonywała, że to ostatnia szansa na odzyskanie 284 zdjęć skasowanych siedem lat wcześniej - obejrzano ją 2,8 mln razy.
Google skasował jedną reklamę, ale 41 kolejnych nadal działało
Najbardziej wymowny fragment badania dotyczy reakcji Google na zgłoszenia badaczy. Chcieli oni sprawdzić, co dzieje się po poinformowaniu firmy o podejrzanych treściach. Okazało się, że większość zgłoszonych materiałów nie została uznana przez platformę za naruszenie regulaminu.
Szczególną uwagę przykuł przypadek domeny powiązanej z kampanią TamperedChef, w ramach której rozprowadzano złośliwe oprogramowanie udające edytor PDF. Badacze znaleźli aż 42 reklamy kierujące do tej samej domeny, lecz zgłosili tylko jedną z nich.
Google usunął wskazaną reklamę, ale pozostałe 41 materiałów nie zostało objętych tą interwencją. Innymi słowy, skasowanie pojedynczej kreacji nie zatrzymało reszty reklam prowadzących do tego samego miejsca w sieci.
Problem nie dotyczył wyłącznie jednego reklamodawcy. Spośród 147 aplikacji promowanych za pomocą podejrzanych reklam, aż 34 nie były już dostępne w sklepach z aplikacjami - a mimo to odpowiadające im reklamy wciąż były aktywne.
Spider's Web pisał już wcześniej, jak oszuści wykupują reklamy w Google, by kierować użytkowników na fałszywe witryny banków i znanych firm. Najnowsze wnioski sugerują, że trudność nie leży wyłącznie w wykryciu pojedynczej szkodliwej reklamy, ale przede wszystkim w skutecznym zidentyfikowaniu wszystkich materiałów powiązanych z tą samą kampanią.
Sztuczna inteligencja zauważyła to, czego nie wyłapał Google
AdLens działa w dwóch etapach. Najpierw analizuje treść reklamy i zestawia ją ze znanymi wzorcami oszustw. Później bardziej zaawansowane modele językowe przyglądają się wyselekcjonowanym materiałom, biorąc pod uwagę zarówno warstwę tekstową, jak i graficzną. Dzięki temu nie każda reklama musi przechodzić przez kosztowną, pełną analizę.
W pracach wykorzystano między innymi modele z rodzin Gemma i Qwen. System osiągnął w testach wynik F1 na poziomie 0,922, co świadczy o dobrym balansie między wykrywaniem naruszeń a liczbą fałszywych alarmów. Nie oznacza to jednak pełnej niezawodności - sami autorzy przyznają, że narzędzie ma swoje ograniczenia i nie jest w stanie całkowicie zastąpić kontroli prowadzonej przez ludzi.
Twórcy udostępnili AdLens publicznie, by podobne analizy mogli wykonywać także niezależni badacze oraz organizacje zajmujące się ochroną konsumentów. Ma to znaczenie, ponieważ duże platformy reklamowe wciąż dysponują zdecydowanie większą wiedzą o prowadzonych kampaniach niż podmioty próbujące nadzorować ich działania.
Kłopot nie dotyczy zresztą wyłącznie Google. We wrześniu opisywano badanie poświęcone przychodom Mety z oszukańczych reklam emitowanych w Polsce - również tam pojawiły się pytania o skuteczność moderacji i odpowiedzialność platform za rozpowszechnianie nieuczciwych treści.
Autorzy AdLens zastrzegają, że zbadali jedynie niewielki fragment reklam dostępnych w systemie Google. Nie pozwala to oszacować pełnej skali oszukańczych kampanii ani strat poniesionych przez użytkowników. Wyniki pokazują jednak wyraźnie, że nawet reklamy powiązane ze znanymi zagrożeniami potrafią pozostawać aktywne przez miesiące, a niekiedy i lata - mimo istnienia systemów, które miały je skutecznie zatrzymywać.
Źródło: Spider's Web


