Technologie

Miliarderzy nie płacą podatków od dochodu, bo żyją z majątku. Zucman ma na to lek

Francuski ekonomista Gabriel Zucman w krótkim eseju rozkłada na czynniki pierwsze mechanizm, dzięki któremu najbogatsi ludzie świata omijają podatki. Proponuje prosty lek: globalny minimalny podatek majątkowy w wysokości 2 proc.

8 min czytania

Rzetelnie wypełniasz PIT i czekasz na zwrot z urzędu skarbowego, ufając, że mieszkasz w praworządnym kraju? Rzeczywistość jest mniej sielankowa - finansujesz wygodne życie ludzi, wobec których XIX-wieczni potentaci naftowi byliby ubogimi krewnymi.

Ty rozliczasz każdą złotówkę i pokornie odczekujesz swoje, a najbogatsi na świecie mają swój prywatny zwrot podatku praktycznie codziennie. W międzyczasie świat zbliża się do momentu narodzin pierwszego biliardera, a przepaść majątkowa mimo dynamicznego rozwoju gospodarczego nie zwęża się ani na jotę.

Gdy najbogatsi unikają fiskusa, rachunek za drogi, edukację, opiekę zdrowotną czy wojsko spada na resztę społeczeństwa.

Gabriel Zucman w esieju Opodatkować miliarderów. Jak rozwiązać problem nierówności (wydawnictwo Obroty, przekład Oskar Hedemann) przywołuje analizy z Włoch, Francji, Brazylii, Szwecji, Norwegii, Holandii i Stanów Zjednoczonych, które prowadzą do tego samego wniosku: elity finansowe wymykają się podatkom dochodowym, mimo że to właśnie te podatki miały być kręgosłupem sprawiedliwej, progresywnej polityki fiskalnej. Ich wprowadzenie na początku XX wieku dało impuls gospodarczy, który wyrwał z nędzy miliony ludzi. Powód tej wagi jest dwojaki. Pierwszy to opadająca użyteczność każdej dodatkowej złotówki - dla kogoś zarabiającego pensję minimalną liczy się każdy grosz na jedzenie, czynsz czy leki, a dla kogoś bardzo bogatego kolejna złotówka trafia na konto oszczędnościowe lub w luksusowe wydatki. Drugi argument to sama logika progresji: prywatny sukces finansowy nie powstaje w oderwaniu od świata, lecz opiera się na infrastrukturze, stabilności prawa, wykwalifikowanych pracownikach i bezpieczeństwie, które gwarantuje państwo.

Piketty w wersji popularnej

Ktoś jeszcze pamięta obietnice Doliny Krzemowej o cyfrowym kapitalizmie, który miał być elastyczny, demokratyczny i sprawiedliwy? W praktyce otrzymaliśmy algorytmy wyciskające z naszego czasu pracy ostatnie soki oraz garstkę osób, których osobisty majątek przebija PKB niejednego kraju w Europie. Wisienką na torcie neoliberalizmu jest fakt, że pierwsi tryliarderzy są już tuż-tuż.

Zucman, wschodząca gwiazda ekonomii związana z Paris School of Economics i zdobywca prestiżowego Medalu Johna Batesa Clarka, streszcza fundamentalny argument dzisiejszej ekonomii na 58 stronach. Bez naukowego żargonu i bez wielotomowych analiz w stylu Piketty'ego mówi rzecz po imieniu - w sposób zrozumiały dla każdego, nie tylko dla ekonomistów i socjologów.

Mechanizm jest zarówno prosty, jak i oburzający. Pracownik na etacie, drobny przedsiębiorca, nauczyciel albo programista pracujący na B2B odprowadzają do budżetu państwa w różnych formach - PIT, ZUS, VAT - od kilkunastu do nawet 50 proc. swoich zarobków. To opłata za drogi, szkoły, darmową opiekę zdrowotną i cyfrową infrastrukturę, bez której biznes nie mógłby funkcjonować.

A jaką część swoich zasobów oddają fiskusowi najbogatsi ludzie na Ziemi? Promil.

Okazuje się, że ich udział jest niewielkim wycinkiem tego, co płaci przeciętny obywatel. We Francji, gdzie zasada progresji podatkowej ma status niemal świętości zapisanej w konstytucji, przeciętna efektywna stawka podatkowa dla całego społeczeństwa sięga około 50 proc. U miliarderów? Według wyliczeń Zucmana realnie spada ona do połowy tej wartości, a niekiedy zbliża się do zera. Jeff Bezos w niektórych latach zgłaszał amerykańskiemu fiskusowi dochód na tyle niski, że formalnie kwalifikował się do ulg podatkowych na dzieci.

Jak to działa? Nie ma tu żadnego przekrętu poza prawem - mamy do czynienia z systemem, w którym punkt ciężkości został kompletnie i wręcz karykaturalnie przesunięty.

Przeciętny człowiek żyje z dochodu - z wypłaty wpływającej co miesiąc na konto. Zucman podkreśla, że miliarderzy funkcjonują inaczej: żyją z posiadania. Ich fortuna to akcje, udziały w firmach, dywidendy, nieruchomości oraz pakiety własnościowe schowane w holdingach i strukturach offshore. Póki nie sprzedadzą akcji, formalnie nie generują dochodu. W zamian zaciągają preferencyjne kredyty zabezpieczone własnymi udziałami - bank z ochotą pożyczy komuś bogatemu na niski procent, gdy zabezpieczeniem są papiery Amazona albo Tesli - i żyją na wysokiej stopie, nie płacąc grosza podatku dochodowego.

Powstaje perfekcyjna i cyniczna pętla: majątek rośnie wykładniczo, podatki stoją w miejscu, a wpływy budżetowe z kieszeni najbogatszych są znikome. System fiskalny stworzony w XX wieku dla świata pracy najemnej stał się w epoce cyfrowego kapitału placem zabaw dla gigantów.

To nie jest "polityka zazdrości"

Gdy tylko pada temat podatku majątkowego, z prawicowych think tanków i liberalnych mediów słychać ten sam okrzyk: niedopuszczalne, to dławienie innowacji, kara za sukces, polityka zazdrości. Do tego chóru można dorzucić typowo polskie "o Jezu, komunizm" oraz zafrasowaną minę patostreamera Marcina Roli.

Zucman zbija te argumenty z matematyczną chłodną precyzją. Opodatkowanie miliarderów nie jest według niego żadną rewolucją z pochodniami ani karą za wynalezienie dobrego produktu - to po prostu dopełnienie, jak sam to nazywa, "niedokończonej rewolucji" podatku dochodowego. Jeśli wszyscy wspólnie finansujemy państwo i jego infrastrukturę, to zwolnienie z tego obowiązku najbogatszych to nie liberalizm, lecz feudalny przywilej w garniturze.

Ta nierówność w obciążeniach podatkowych ma także realny wpływ na wolny rynek, który obrońcy miliarderów tak chętnie przywołują. Kiedy najbogatsi płacą niższy podatek, ich kapitał rośnie szybciej niż jakikolwiek inny na świecie. Zamiast uczciwej konkurencji powstają cyfrowe i finansowe monopole wykupujące każdego obiecującego rywala jeszcze w zarodku. Do tego niewyobrażalna koncentracja bogactwa zaczyna zagrażać samej demokracji. Gdy jedna osoba ma do dyspozycji budżet większy niż średniej wielkości państwo europejskie, może kupować platformy społecznościowe, wpływać na wyniki wyborów, kształtować politykę klimatyczną czy kosmiczną. Demokracja przekształca się w oligarchię, w której zasadę "jeden człowiek - jeden głos" zastępuje "jeden dolar - jeden głos".

Podatek 2 proc. Czy świat jest gotowy na propozycję Zucmana?

Recepta Zucmana jest bardzo prosta. Ekonomista proponuje globalny, minimalny podatek majątkowy dla osób o gigantycznych fortunach. Wersja przedstawiona na szczycie G20 w 2024 roku, którą przyjęło francuskie Zgromadzenie Narodowe, zakłada minimalny 2-procentowy podatek roczny naliczany od majątku (nie od dochodu) powyżej 100 milionów dolarów, albo skierowany wyłącznie do samych miliarderów.

To tylko 2 procent. Dla kogoś, czyj majątek rośnie na giełdzie o 8-10 proc. rocznie, to drobniak. Ale dla budżetów państw byłyby to setki miliardów dolarów rocznie - pieniądze, które mogłyby sfinansować transformację energetyczną, ratować podupadającą opiekę zdrowotną albo zasilić edukację.

Naturalnie zaraz pojawia się klasyczny zarzut: przecież uciekną do rajów podatkowych, zmienią rezydencję, majątek się rozpłynie.

To jednak argumentacja z minionej epoki. Zucman poświęca w książce obszerny fragment analizie barier prawnych i dowodzi, że sposoby na uszczelnienie systemu są już znane. Po udanym wdrożeniu globalnego minimalnego podatku CIT na poziomie 15 proc. dla korporacji wiadomo, że zamknięcie luk finansowych to kwestia woli politycznej, nie technicznej niewykonalności. Jeśli kraje G20 albo Unia Europejska ustalą wspólne reguły, miliarder nie będzie miał dokąd się schować - o ile nie zdecyduje się przenieść firmy, domu i całego życia do kraju bez sprawnej infrastruktury, banków i systemu prawnego, na przykład do Rosji.

Dlaczego to sprawa każdego z nas?

Można zapytać, po co Polakowi książka francuskiego ekonomisty o ludziach dysponujących miliardami dolarów, skoro w Polsce milionerów jest wielu, a miliarderów da się zliczyć na palcach jednej ręki.

Odpowiedź jest jednak bezpośrednia. Żyjemy w świecie ściśle połączonym gospodarczo. Brak realnego opodatkowania globalnej elity finansowej wysysa budżety państw, przenosi ciężar fiskalny na pracę i konsumpcję - czyli na PIT i VAT płacone w codziennych zakupach - i podkopuje spójność społeczną. Co warte odnotowania, brytyjski wydawca książki Zucmana nie zdołał nawet zaprezentować precyzyjnych danych dla Wielkiej Brytanii, bo system transakcji i majątków na Wyspach jest owiany taką tajemnicą, że rzetelne badanie stało się niewykonalne. Czy w Polsce sytuacja wygląda inaczej? Majątki rosną, transakcje puchną, a debata publiczna wciąż kręci się głównie wokół tego, czy podnieść kwotę wolną od podatku dla osób zarabiających najniższą krajową.

Książka Gabriela Zucmana trafia w samo centrum narastającej frustracji społecznej. Działa jak kubeł zimnej wody wylany na mit "kapitalizmu dla każdego" i pokazuje, że granice absurdu zostały już dawno przekroczone.

Odwagi!

Z egzemplarzem książki Zucmana pod pachą autor poruszał się po 35. Forum Ekonomicznym w Karpaczu, wypytując o jej tezy polityków, ekonomistów i etatowych ekspertów. Większość rozmówców przyznawała, że rozwiązanie proponowane przez Francuza jest potrzebne, skuteczne i istotne. Czy to oznacza już wolę polityczną? Niekoniecznie - jak wiadomo, w polityce decydują nie chłodne liczby i kalkulacje, lecz emocje. Potrzeba, by Donald Tusk się oburzył, a Rafał Brzoska wściekł jak Tuchaj-Bej, i żeby ten impuls poszedł dalej.

Podatek, choćby był słuszny i korzystny dla ogółu, w oczach szerokich mas wygląda jak zamordyzm. Prezydent Karol Nawrocki podczas Hołdu Toruńskiego u Sławomira Mentzena zadeklarował: zero nowych podatków - nawet jeśli takie podatki nie zaszkodziłyby wyborcom Nawrockiego i Mentzena, a raczej by im pomogły.

Jeśli nie opodatkujemy miliarderów teraz, to gdy na świecie pojawi się pierwszy tryliarder - i nie ma sensu wstydzić się tego słowa - będzie już za późno. Z obywateli państw cyfrowych zamienimy się w poddanych prywatnych korporacji i ich właścicieli. To nie będzie scenariusz z powieści cyberpunkowej, a szara codzienność spłacana w kolejnych ratach kredytu.

Odwagi.

Z takim przesłaniem autor wraca z Forum Ekonomicznego w Karpaczu - odwagi i wyobraźni. Bo żeby zebrać siłę i przekonanie do działania, trzeba najpierw coś sobie wyobrazić. W przeciwnym razie świat i przyszłość dalej będą kształtować ci, którzy robią to już teraz.

Źródło: Spider's Web

Źródło: Spider's Web

Technologie

Chińscy naukowcy chcą zamienić opuszczone kopalnie w podziemne farmy

W Chinach rozważa się wykorzystanie ponad 12 tysięcy nieczynnych kopalń węgla jako miejsc do prowadzenia uprawy roślin w warunkach całkowicie kontrolowanych przez człowieka. To pomysł, który brzmi jak fabuła filmu science fiction, ale ma realne podłoże w problemach klimatycznych rolnictwa.

3 min czytania