Technologie

„Bugonia” Lanthimosa: porwanie CEO jako gorzki portret rozdartej Ameryki

Na festiwalu w Wenecji pokazano najnowszy film Yorgosa Lanthimosa, w którym dwóch zdesperowanych kuzynów porywa szefową koncernu farmaceutycznego, przekonanych, że jest kosmitką. To opowieść o kraju podzielonym na tych, którzy wygrali, i tych, których system zostawił samym sobie.

9 min czytania

Świry kontra system. Ten film to najlepsza od lat opowieść o współczesnej Ameryce
Świry kontra system. Ten film to najlepsza od lat opowieść o współczesnej Ameryce

Did you really think you could call up the devil and ask him to behave? – ten cytat z „Z Archiwum X” najlepiej oddaje ducha „Bugonii”, najnowszego obrazu Yorgosa Lanthimosa pokazanego na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji.

Życie, które wygrywa

Michelle Fuller w wykonaniu Emmy Stone to prezeska koncernu farmaceutycznego, którą magazyn TIME okrzyknął kobietą roku. W uniwersum filmu to dosłownie kobieta numer jeden na świecie – w jej gabinecie wiszą wspólne fotografie z Michelle Obamą, trofea i okładki prasy. Trudno jednoznacznie nazwać ją żeńskim odpowiednikiem Elona Muska – Fuller jest bardziej wykalkulowana, spięta i podporządkowana korporacyjnemu żargonowi – ale to wciąż swoista utopia, w której na szczycie stoi kobieta, a nie mężczyzna z kompleksem Boga.

Bohaterkę poznajemy podczas jej porannej rutyny, przypominającej wykonanie idealnie skalibrowanego algorytmu współczesności. Bierze prysznic, dba o dietę, ćwiczy samoobronę i nakłada ledową maskę na zmarszczki, po czym wkłada elegancki garnitur i szpilki Louboutin.

Co ciekawe, po tym rytuale jedzie prosto do biura, by nagrywać firmowe materiały promujące różnorodność. Choć temat jest istotny, widać, że robi to bez przekonania, niejako z przymusu – bardziej zależy jej na wynikach niż na ludziach, a cała akcja ma raczej przynieść korporacji wymierne korzyści wizerunkowe.

W rozciągniętym w czasie wstępie Lanthimos skrupulatnie wylicza jej domniemane „grzechy”. To istotny sygnał dla dalszej fabuły – bo dla części widzów firma kierowana przez Fuller mogłaby uchodzić za taką, która stawia na wsparcie mniejszości kosztem bezrobotnych i doświadczonych przez los Amerykanów.

Fuller przypomina influencerkę, która w pół godziny robi więcej niż przeciętny człowiek przez połowę dnia. Od pierwszych scen widać, że reżyser nie traktuje jej do końca poważnie, nawet jeśli sama uważa się za bezwzględną i opanowaną szefową. Nawet sposób, w jaki chodzi, zdradza wyrachowanie i cynizm.

Jak na tak młodą prezeskę osiągnęła naprawdę wiele. Dopiero później okazuje się, że to kobieta po czterdziestce, choć nosi twarz trzydziestosiedmioletniej Emmy Stone. Fuller obsesyjnie kontroluje własny wygląd oraz otoczenie, a z jej twarzy emanuje mieszanka pewności siebie i wyższości – jest w niej coś demonicznego, spojrzeniem potrafi zmiażdżyć. To nie jest osoba, którą chciałoby się spotkać na randce z aplikacji, a tym bardziej mieć za szefową.

Mimo to wciąż wygląda nienagannie i świeżo. Dobre geny, sport, dieta, a może coś jeszcze? Film pozostawia to pytanie otwarte, choć sugeruje pewne tropy. Gdy Fuller zostaje porwana przez dwóch młodych mężczyzn, Teddy'ego (Jesse Plemons) i Dona (Aidan Elbis), okazuje się, że nie chodzi o okup. Obaj są przekonani, że kobieta jest kosmitką odpowiedzialną za wszystkie ich nieszczęścia – od choroby matki, przez biedę, po traumy z dzieciństwa i brak kontroli nad własnym życiem.

Teddy jest pewien, że ktoś tak doskonały jak Michelle nie może pochodzić z Ziemi.

To wątek, którego Lanthimos jeszcze nie eksplorował w takiej formie – choć podobny motyw pojawił się częściowo w „Rodzajach życzliwości” (2024), gdzie bohater grany przez Jesse'ego Plemonsa twierdzi, że jego partnerka (Emma Stone), cudem ocalała z wypadku na bezludnej wyspie, jest w istocie zupełnie inną osobą. Tym razem reżyser przekształca ten punkt wyjścia: zamiast wątpliwości dotyczących relacji, pokazuje moment, w którym wiara w teorię spiskową zamienia się w konkretne działanie.

Film jest adaptacją koreańskiego „Save the Green Planet!” z 2003 roku, choć u Lanthimosa całość zyskuje mroczniejszy i bardziej ironiczny ton.

Warto dodać, że cała historia jest opowiadana z perspektywy Teddy'ego, mózgu operacji, który mówi o Fuller z niemal czułością – w końcu wierzy, że pochodzi ona z innej galaktyki. To on stoi za całym planem, a wraz z Donem doprowadza do uśpienia i porwania kobiety, co bezpowrotnie zmienia życie całej trójki.

Dzień z życia przegrywa

The answers are there. You just have to know where to look – jak głosi kolejny cytat z „Z Archiwum X”. Teddy to typowy amerykański everyman: pszczelarz i zwolennik teorii spiskowych, który materialnie nie żyje najgorzej, bo mieszka w sporym, zadbanym domu odziedziczonym po rodzicach. Pszczelarstwo daje mu iluzję kontroli – w ulu radzi sobie znakomicie, w relacjach z ludźmi zupełnie się gubi.

Jego życie wewnętrzne to pustka: ojciec porzucił rodzinę, matka leży sparaliżowana w szpitalu, a dzieciństwo zniszczył mu ówczesny opiekun. Dziś mieszka z kuzynem Donem, który może być patologicznym introwertykiem albo osobą z niepełnosprawnością intelektualną – film tego nie precyzuje. Pewne jest jedno: Teddy zaraża Dona swoją nienawiścią do świata, a ten łatwo poddaje się manipulacji.

Teddy ma jeden cel – znaleźć winnego swojego cierpienia. Dopiero wtedy jego dusza zazna spokoju.

„Bugonię” łatwo zestawić z „Eddingtonem” (2025) Ariego Astera, pokazywanym niedawno w Cannes. Tam reżyser również sekcjonował „nową Amerykę”, ale robił to jak szyderczy kronikarz, wyśmiewający tak zwanych gorszych i głupszych – trumpistów, foliarzy, antyszczepionkowców, kultystów. Zabrakło mu refleksji, że każde szaleństwo ma swoje źródło, przez co „Eddington” zamienił się w rodzaj bisu „Nie patrz w górę” (2022) – filmu robionego przez jedną bańkę dla drugiej.

Na szczęście empatii nie brakuje Lanthimosowi – w trakcie seansu nasze nastawienie do Teddy'ego stopniowo się zmienia, choć nie zdradzajmy, w jaki sposób.

To porównanie nie jest zresztą przypadkowe – Aster jest producentem „Bugonii”, więc nawet ogromny biznes filmowy, jakim stało się dziś Hollywood, okazuje się małym światem. Paradoksalnie to Grek Lanthimos okazuje więcej zrozumienia dla amerykańskich przegranych niż sam Amerykanin Aster. Gdy ten drugi się wyśmiewa, pierwszy raczej ironizuje, jednocześnie tłumacząc, że w życiu nie ma przypadków – pewne wydarzenia prędzej czy później musiały doprowadzić do wybuchu frustracji. Bo na porwanie „żeńskiego Muska” nie decydują się ludzie kierujący się zdrowym rozsądkiem. Dlaczego akurat Fuller, a nie ktoś inny? Według Teddy'ego zdradza ją budowa ciała – kształt szczęki, rozmiar stóp.

Do takiego czynu zdolni są wyłącznie zdesperowani ludzie. Działają bez profesjonalnego sprzętu, a dla anonimowości zakładają papierowe maski z twarzą Jennifer Aniston. Gdy udaje im się uśpić Fuller, w samochodzie golą jej głowę – co dla Emmy Stone oznaczało prawdziwe aktorskie poświęcenie.

Nie chcemy, aby dała znać swoim przełożonym, że jest w niebezpieczeństwie

Teddy

To tłumaczenie brzmi jak kompletne kuriozum, a bohaterowie zdają się zupełnie nie dostrzegać dziur w swoim planie. Teddy jest jednak na tyle zdesperowany, że nic już go nie powstrzyma – liczy się tylko zemsta na „tamtych”, którzy odebrali mu godność. Kim są „tamci”? To zależy od punktu widzenia: bogaci, klasa wyższa, lewicowi intelektualiści, ludzie gardzący biedniejszymi i słabszymi. Jak sugeruje Lanthimos, współczesna Ameryka jest głęboko podzielona, a w 2025 roku ten podział przypomina wręcz rozdrobnienie na drobne kawałki, podsycane przez dwie zwalczające się partie. Nie widać sposobu na posprzątanie tego bałaganu, a ta konstatacja – mimo czarnego humoru reżysera – działa przytłaczająco i pozostawia widza z poczuciem bezradności.

Kiedy przegryw spotyka wygrywa

No nation can be freer than its most oppressed…

Sam tytuł „Bugonia” jest przewrotny i metaforyczny. Jak wyjaśnia Stanisław Bryś na portalu Going, słowo to powstało z połączenia greckich wyrazów βοῦς (wół) i γονή (potomstwo). W napisanym w I wieku p.n.e. poemacie „Georgiki” rzymski poeta Wergiliusz opisał nim proces, w którym z rozkładających się szczątków zwierzęcia rzekomo rodzi się rój pszczół skupionych w gęste kłębowisko.

Z wołu nie pozostanie zaś nic poza rogami, kośćmi i sierścią

Wergiliusz

Innymi słowy, życie w innej formie może pojawić się w najmniej oczekiwanych miejscach i chwilach. Czy w martwym niemal ciele Fuller kryje się jakieś życie? Czy naprawdę ukrywa się w niej obca istota?

Zderzenie przegranego pszczelarza z odnoszącą sukcesy korpo-szefową uruchamia lawinę wydarzeń: porwanie, chaos, a potem przesłuchania. „Połącz nas ze swoim statkiem-matką i wstrzymaj wasze niecne działania na Ziemi” – mówi w parafrazie Teddy do Michelle. Dzięki charyzmie Jesse'ego Plemonsa bohaterowi się wierzy, choć jako widzowie stajemy się biernymi świadkami sytuacji, w której trudno rozstrzygnąć, kto mówi prawdę.

„Welcome to wariatkowo” – tak mógłby brzmieć podtytuł filmu. Reakcje samej Fuller są przy tym zaskakująco mało dramatyczne: nie widać u niej paniki ani zagubienia, na spokojnie analizuje sytuację i zwraca się do porywaczy korporacyjnym żargonem. Nawet w kajdankach mówi do nich tonem przełożonej.

Kto tu naprawdę jest więźniem – ona czy oni? Lanthimos uśmiecha się zza kamery, nie oferując jednoznacznej odpowiedzi.

Kolejny zwrot ironii losu: okazuje się, że Teddy obserwował Fuller od dawna, bo pracuje w fabryce należącej do jej koncernu – a więc formalnie jest ona jego przełożoną. Nienawidzi tej pracy, czuje się w niej niewidzialny, a samą Fuller pogardza – tym bardziej że jej firma skrzywdziła kiedyś jego matkę.

Czy wyparcie Teddy'ego jest na tyle silne, że przekonał samego siebie, iż Fuller jest obcą istotą, tylko po to, by usprawiedliwić jej porwanie? Elementy układanki, prowadzone przez scenariusz i reżysera, zaczynają się same układać, choć podskórnie czuć, że coś w tej całej logice jednak nie gra.

Zdjęcia Robbiego Ryana chwilami sugerują, że bohaterowie żyją niczym w klatkach – dosłownie i w przenośni, w zależności od statusu materialnego i stanu psychicznego. Podobną rolę pełni muzyka: pulsująca, głośna, wręcz atakująca dźwiękiem. Jej autorem jest Jerskin Fendrix, odpowiedzialny wcześniej za majestatyczną ścieżkę dźwiękową „Biednych istot” (2023). Tym razem przygotował coś na kształt kosmicznego lotu – dosłownie i w przenośni.

Czy muzyka Fendrixa buduje napięcie, czy to raczej sygnał zakłóceń wysyłanych przez samych obcych?

…richer than its poorest…

Dwaj kuzyni-porywacze wcale nie są biedni w sensie materialnym – jeden z nich pracuje, dom po rodzicach Teddy'ego wciąż należy do rodziny, a ich standard życia trudno nazwać dramatycznym. Są za to skrzywdzeni przez los i ubodzy duchowo – ofiary systemu, który zdaniem „Bugonii” nie dba o własnych obywateli. Pod koniec seansu robi się wręcz nieswojo, że na początku śmialiśmy się z tych dwóch bohaterów. W tym sensie Lanthimos gra na dwóch fortepianach naraz: raz jest bezlitosnym szydercą, raz humanistą z pełnym przekonaniem.

…wiser than its most ignorant – jak pisała Jill Lepore w „These Truths”.

Pisanie o „Bugonii” utrudnia jej satyryczny charakter – od początku wiadomo, że cała ta gra z widzem musi mieć jakąś puentę, choćby niekoniecznie spektakularną. Wielu widzów zapewne zastanawia się, co wydarzy się dalej – autor tekstu przyznaje, że sam wyczekiwał eskalacji napięcia, choć rozbudowany wstęp chwilami się dłużył.

Świadomie nie zdradza się tu żadnej konkluzji, bo mówienie o „Bugonii” wymaga w pewnym momencie urwania wątku dla dobra czytelnika – druga połowa filmu kończy się przewrotnym zwrotem, który w kilka sekund przedefiniowuje cały kontekst historii. Zamiast kontynuować, warto przywołać jeszcze jeden cytat z „Z Archiwum X”, który koresponduje z uporczywym dążeniem Teddy'ego do prawdy:

If we fail to anticipate the unforeseen or expect the unexpected in a universe of infinite possibilities, we may find ourselves at the mercy of anyone or anything that cannot be programmed, categorized or easily referenced.

Bo Teddy przewiduje naprawdę wiele – i może się okazać, że jego spekulacje wcale nie są tak szalone, jak mogłoby się na początku wydawać. Można śmiało uznać, że to najbardziej przystępny moralitet w dorobku Lanthimosa. Pytanie tylko, kto tu naprawdę jest wariatem: walczący o sprawiedliwość odmieńcy czy perfekcyjnie sformatowana, pozbawiona empatii pani prezes?

Źródło: Spider's Web

Źródło: Spider's Web