Rynek pracodawcy w IT i nie tylko: fakt czy chwytliwe hasło negocjacyjne?
Spadek liczby wakatów i rosnąca konkurencja o etaty każą mówić o przewadze firm nad kandydatami. Dane pokazują jednak, że obraz rynku pracy jest znacznie bardziej podzielony, niż sugeruje popularne hasło.
Czym w ogóle jest rynek pracodawcy
Z rynkiem pracodawcy mamy do czynienia wtedy, gdy chętnych do pracy jest więcej niż wolnych etatów, a firmy mogą przebierać wśród kandydatów o podobnych kwalifikacjach. W takich warunkach presja płacowa słabnie, rekrutacje trwają dłużej, a wymagania wobec aplikujących rosną. Firmy nie muszą się już spieszyć z decyzjami tak, jak robiły to w czasach niedoboru rąk do pracy, bo ryzyko utraty wartościowego kandydata jest mniejsze. W efekcie osoby szukające zatrudnienia częściej akceptują warunki, które jeszcze niedawno odrzuciłyby bez wahania.
Warto jednak pamiętać, że to pojęcie z ekonomii, a nie etykieta, którą da się nakleić na cały kraj na podstawie liczby wpisów na LinkedInie. W praktyce rynek pracy to tysiące mniejszych rynków rządzących się własnymi prawami. Zupełnie inaczej wygląda nabór juniora do marketingu, a inaczej poszukiwania spawacza, lekarza, księgowej, specjalisty od systemów wbudowanych czy dyrektora sprzedaży z siecią kontaktów w danej branży. Liczy się też region, możliwość pracy zdalnej, staż zawodowy, poziom wynagrodzeń i tempo, w jakim rozwija się dany sektor. Dlatego stwierdzenie, że "mamy rynek pracodawcy", może być prawdziwe dla jednej grupy zawodowej i zupełnie chybione wobec drugiej.
Dane potwierdzają kurczącą się liczbę ofert
Najsilniejszym argumentem za tezą o przewadze firm jest wyraźny spadek liczby wakatów. Według GUS na koniec czwartego kwartału 2025 roku w Polsce dostępnych było 85,8 tys. wolnych miejsc pracy - o 9,4% mniej niż kwartał wcześniej i o 5,2 tys. mniej niż rok wcześniej. Wskaźnik wolnych miejsc pracy spadł do 0,71%. Eurostat również umieszcza Polskę wśród krajów UE z najniższym odsetkiem wakatów - w trzecim kwartale 2025 roku wynosił on 0,8%, wobec znacznie wyższej średniej unijnej.
Mniej ogłoszeń przekłada się na więcej zgłoszeń przypadających na jeden proces rekrutacyjny. W marcu 2025 roku urzędy pracy otrzymały 84,5 tys. ofert - o 12,9% mniej niż rok wcześniej. Firmy wolniej decydowały się na nowe rekrutacje, a kandydaci częściej rywalizowali o te same stanowiska. Taki układ naturalnie wzmacnia pozycję pracodawcy - rekruter ma do wyboru więcej osób, łatwiej trzyma się zaplanowanego budżetu i rzadziej musi ustępować podczas wstępnych rozmów.
Zmiana jest szczególnie odczuwalna wśród osób dopiero wchodzących na rynek pracy, pracowników popularnych stanowisk biurowych oraz kandydatów ubiegających się o etaty zdalne. Pojedyncza oferta pracy zdalnej potrafi przyciągnąć zgłoszenia z całego kraju, co od razu mnoży liczbę konkurentów. Doświadczenie, które jeszcze kilka lat temu gwarantowało kilka zaproszeń na rozmowę, dziś może nie wystarczyć nawet na odpowiedź zwrotną. Ten segment rynku pracy spełnia więc klasyczną definicję rynku pracodawcy.
Niskie bezrobocie nie pozwala na prostą diagnozę
Gdyby w Polsce faktycznie panował jednoznaczny i pełny rynek pracodawcy, powinniśmy zauważyć wysoki poziom bezrobocia oraz szeroką dostępność rąk do pracy. Oficjalne statystyki nie wskazują jednak na masową nadwyżkę osób gotowych od zaraz podjąć zatrudnienie. W pierwszym kwartale 2026 roku liczba bezrobotnych liczona metodą BAEL wyniosła 580 tys., czyli o 3,3% mniej niż rok wcześniej. Komisja Europejska podała z kolei, że w 2025 roku wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 20-64 lata w Polsce sięgnął 78,8%, a niewykorzystane zasoby siły roboczej pozostawały wyraźnie poniżej średniej unijnej.
Bezrobocie rejestrowane poszło w górę - w kwietniu 2026 roku wynosiło 6%, podczas gdy rok wcześniej było to 5,2%. To nadal poziom znacznie niższy niż w okresach kojarzonych historycznie z wyraźną przewagą pracodawców. Trzeba przy tym rozróżniać bezrobocie rejestrowane od tego mierzonego badaniem aktywności ekonomicznej ludności - statystyki urzędów pracy obejmują także osoby, które nie spełniają wszystkich kryteriów aktywnego poszukiwania pracy stosowanych w metodologii BAEL.
Mamy zatem do czynienia z paradoksem: liczba ofert maleje, ale pula dostępnych pracowników wciąż jest ograniczona. Firma może dostać setki CV, lecz duża liczba zgłoszeń nie zawsze przekłada się na dużą liczbę kandydatów spełniających wymagania. Pracodawca może mieć przewagę liczebną, a jednocześnie wciąż zmagać się z brakiem osób o konkretnych kompetencjach, doświadczeniu branżowym czy gotowości do pracy w danym mieście.
Nie istnieje jeden rynek pracy
Pojęcie rynku pracodawcy zawodzi najczęściej wtedy, gdy ktoś próbuje nim opisać wszystkie rekrutacje naraz. O tym, kto ma przewagę, decyduje łatwość zastąpienia danego pracownika. Osoba z powszechnie dostępnymi kompetencjami rywalizuje z szeroką grupą kandydatów. Specjalista znający niszową technologię, przepisy konkretnej branży albo specyficzny proces produkcyjny wciąż może wybierać spośród kilku ofert.
Podobna różnica dotyczy poziomu doświadczenia. Firmy ograniczające zatrudnienie najpierw rezygnują z programów dla juniorów, bo wymagają one czasu bardziej doświadczonych pracowników i dłuższego wdrożenia. Jednocześnie w rekrutacji na stanowisko seniora oczekują kogoś, kto od razu weźmie na siebie odpowiedzialność i zacznie rozwiązywać realne problemy. Powstaje trudna sytuacja - liczba ofert dla początkujących spada, a wymagania na pozostałych stanowiskach rosną.
Znaczenie ma też atrakcyjność samej oferty. Firma, która proponuje pracę stacjonarną w mniejszym mieście, może mieć problem ze znalezieniem kandydatów, choć podobna oferta z opcją zdalną zbierze setki zgłoszeń. Organizacja proponująca wynagrodzenie poniżej średniej rynkowej może narzekać na "brak ludzi", choć problemem jest w rzeczywistości rozdźwięk między wymaganiami a proponowanymi warunkami. Liczba mieszkańców posiadających daną kompetencję nic nie mówi o tym, ilu z nich zgodzi się na konkretną ofertę.
Kiedy opis rynku staje się narzędziem negocjacyjnym
Narracja zaczyna się tam, gdzie ogólne hasło zastępuje konkretne dane o danym stanowisku. Kandydat słyszy, że "teraz jest rynek pracodawcy", mimo że firma nie przedstawia ani budżetu, ani liczby dostępnych specjalistów, ani poziomu wynagrodzeń oferowanych przez konkurencję. Takie hasło ma zamknąć dyskusję, zanim naprawdę zacznie się negocjacja.
Może ono służyć uzasadnieniu braku podwyżek, niższej oferty finansowej albo cięcia elastyczności. Kandydat, który od kilku miesięcy bezskutecznie szuka pracy, łatwiej daje się przekonać takim argumentem. Rosnąca liczba odmów sprawia, że zaczyna podważać własną wartość i obniżać oczekiwania - czasem znacznie poniżej poziomu uzasadnionego doświadczeniem. Pracodawca nie musi nawet wprost wywierać nacisku - wystarczy sugestia, że na jego miejsce czeka kilkadziesiąt innych osób.
Powoływanie się na sytuację rynkową samo w sobie nie jest manipulacją, jeśli firma faktycznie działa w warunkach dużej podaży kandydatów i ograniczonego budżetu. Problem pojawia się, gdy przewaga informacyjna wykorzystywana jest do ukrywania realnych warunków albo stworzenia wrażenia, że kandydat nie ma prawa negocjować. Rynek pracodawcy nie odbiera pracownikowi prawa do pytania o wynagrodzenie, zakres obowiązków, stabilność firmy, tryb pracy czy sposób podejmowania decyzji.
Oczekiwania rosną szybciej niż jakość procesów
Interesującym sygnałem jest rozdźwięk między oczekiwaniami obu stron. W materiale opublikowanym przez PARP 53% kandydatów uznało, że obecnie mamy do czynienia z rynkiem pracodawcy. Jednocześnie ponad 90% z nich oczekiwało publikowania widełek płacowych w ogłoszeniach, podczas gdy ponad połowa pracodawców uważała, że to zbędne.
Firmy mogą mieć większy wybór, ale kandydaci nadal domagają się przejrzystości. Przewaga liczebna nie sprawia, że znikają standardy dobrze zaprojektowanej rekrutacji. Brak informacji zwrotnej, wielotygodniowe przerwy między etapami, czasochłonne zadania rekrutacyjne i ukrywanie widełek płacowych to wciąż oznaki źle zorganizowanego procesu. Większa liczba aplikacji może wręcz pogorszyć doświadczenie kandydatów, jeśli firma nie ma narzędzi, by sprawnie je przejrzeć i odpowiednio komunikować się z aplikującymi.
To ma znaczenie również z perspektywy samej firmy. Układ sił na rynku potrafi odwrócić się szybciej niż reputacja pracodawcy. Kandydaci pamiętają, jak byli traktowani, a opinie o procesach rekrutacyjnych szybko rozchodzą się w branżowych społecznościach. Organizacja, która dziś wykorzystuje swoją przewagę, za kilka kwartałów może ponownie zabiegać o tych samych specjalistów.
Jak kandydat może ocenić własną pozycję
Zamiast opierać się na ogólnej diagnozie, warto przyjrzeć się własnemu fragmentowi rynku. Kandydat powinien śledzić liczbę ofert dopasowanych do jego kompetencji, zakres proponowanych wynagrodzeń, częstotliwość otrzymywanych odpowiedzi oraz wymagania powtarzające się w ogłoszeniach. Pięćdziesiąt wysłanych aplikacji bez żadnego zaproszenia na rozmowę może sygnalizować problem z CV, niedopasowaną strategię albo dużą konkurencję. Regularne zaproszenia i udział w finałowych etapach rekrutacji sugerują z kolei, że profil nadal ma wartość rynkową, nawet jeśli sam proces trwa dłużej niż wcześniej.
Warto też oddzielić wymagania podstawowe od tych, które można negocjować. Dolna granica wynagrodzenia powinna wynikać z kosztów życia, doświadczenia i realnych stawek rynkowych, a nie z pojedynczej opinii rekrutera. Elastyczność się przydaje, ale desperackie obniżanie wszystkich wymagań naraz może skończyć się przyjęciem pracy, z której trzeba będzie szybko zrezygnować.
Dobrym krokiem bywa też poszerzenie zakresu poszukiwań. Czasem drobna zmiana nazwy stanowiska, branży albo sposobu prezentacji doświadczenia otwiera drzwi do procesów, które wcześniej nie były brane pod uwagę. Rekrutacja w dużej mierze opiera się na języku - te same obowiązki bywają opisywane zupełnie różnymi nazwami stanowisk.
Co rynek pracodawcy oznacza dla rekruterów
Większa liczba aplikacji wcale nie oznacza łatwiejszej rekrutacji. Rekruterzy otrzymują więcej CV, z czego spora część pochodzi od osób aplikujących masowo i bez dopasowania do oferty. Rośnie obciążenie związane z selekcją, a czas potrzebny na znalezienie właściwych kandydatów może się wydłużać. Automatyczne filtrowanie zgłoszeń pomaga zarządzać skalą, ale źle dobrane kryteria mogą odrzucać osoby, które dobrze sprawdziłyby się na danym stanowisku.
Rekruter powinien też uważać na założenie, że każdy kandydat przyjmie każdą ofertę. Najlepsi specjaliści nadal prowadzą po kilka rozmów rekrutacyjnych równolegle. Nawet w trudniejszych warunkach rynkowych porównują wynagrodzenie, kulturę organizacyjną, zakres odpowiedzialności i tempo całego procesu. Duża liczba aplikacji daje poczucie bezpieczeństwa, ale nie gwarantuje zatrudnienia osoby najlepiej dopasowanej do roli.
Uczciwa komunikacja pomaga obu stronom. Warto wprost powiedzieć, że budżet jest zamknięty, że proces potrwa trzy tygodnie albo że firma otrzymała wyjątkowo dużo zgłoszeń. Taka informacja jest znacznie bardziej przydatna niż powtarzanie frazesu o rynku pracodawcy. Kandydat dostaje wtedy konkret, na którym może oprzeć decyzję, a rekruter unika niepotrzebnego napięcia.
Rynek pracodawcy to częściowy fakt i wygodne uproszczenie
Obecne dane potwierdzają osłabienie popytu na pracę. Liczba wakatów spadła, firmy ostrożniej otwierają nowe rekrutacje, a w wielu procesach konkurencja między kandydatami wyraźnie wzrosła. W tym sensie rynek pracodawcy jest faktem ekonomicznym - zwłaszcza w popularnych zawodach, na poziomie juniorskim i w rekrutacjach na stanowiska zdalne.
Nie jest to jednak uniwersalna diagnoza pozwalająca z góry określić wartość każdego pracownika. Niskie bezrobocie, wysoki wskaźnik zatrudnienia i braki konkretnych kompetencji sprawiają, że część kandydatów wciąż ma silną pozycję negocjacyjną. Rynek pozostaje podzielony, a to, kto ma przewagę, zależy od zawodu, lokalizacji, doświadczenia i jakości konkretnej oferty.
Dlatego hasło "rynek pracodawcy" powinno być punktem wyjścia do analizy, a nie argumentem kończącym rozmowę. Kandydaci potrzebują danych dotyczących swojej specjalizacji. Rekruterzy potrzebują realistycznej oceny dostępności kompetencji na rynku. Obie strony zyskują, gdy decyzje opierają się na faktach, a nie na presji wynikającej z chwytliwej etykiety.
Najczęściej zadawane pytania
Czy w Polsce mamy obecnie rynek pracodawcy?
W części branż tak. Spadek liczby wakatów i większa liczba aplikacji wzmacniają pozycję firm, zwłaszcza przy stanowiskach juniorskich, administracyjnych, marketingowych oraz popularnych ofertach zdalnych. Wciąż jednak istnieją specjalizacje, w których to firmy zabiegają o kandydatów.
Czy kandydat powinien obniżyć oczekiwania finansowe?
Decyzja powinna wynikać z danych dotyczących konkretnej roli, regionu i poziomu doświadczenia. Dłuższe poszukiwanie pracy może uzasadniać większą elastyczność, ale nie musi oznaczać rezygnacji z własnej dolnej granicy wynagrodzenia.
Po czym poznać, że dana specjalizacja znalazła się na rynku pracodawcy?
Sygnałami są malejąca liczba ofert, rosnące wymagania, wydłużone procesy rekrutacyjne, mniejsza liczba odpowiedzi na aplikacje oraz wynagrodzenia niezmienione mimo inflacji. Warto obserwować te elementy przez kilka tygodni, zamiast wyciągać wnioski na podstawie jednego procesu.
Czy duża liczba aplikacji oznacza, że rekrutacja jest łatwa?
Nie. Wiele zgłoszeń bywa przypadkowych lub niedopasowanych do oferty. Rekruter i tak musi znaleźć kandydatów spełniających wymagania, mieszczących się w budżecie i gotowych zaakceptować warunki pracy.
Czy określenie "rynek pracodawcy" może być manipulacją?
Może nią być, gdy służy do zamknięcia negocjacji bez przedstawienia danych albo do wywołania presji na kandydacie. Samo pojęcie opisuje realne zjawisko ekonomiczne, lecz bywa stosowane zbyt szeroko, bez odniesienia do konkretnego stanowiska.
Źródło: SOLID.Jobs


