Strach na sprzedaż: jak Dolina Krzemowa zamieniła panikę AI w model biznesowy
Ludzie, którzy jeszcze niedawno obiecywali cyfrowy raj, teraz ostrzegają przed zagładą ludzkości. Za tą nagłą zmianą tonu stoi coś więcej niż troska o przyszłość gatunku.
Osoby, które jeszcze wczoraj pozyskiwały od funduszy venture capital miliardowe kwoty na rozbudowę serwerowni, teraz z powagą podpisują apele, listy otwarte i deklaracje przypominające manifesty wiary, w których przestrzegają przed zagrożeniem dla przetrwania ludzkości. Konstruktorzy algorytmów mówią o "ryzyku egzystencjalnym" z taką emfazą, jakby cytowali poetów epoki romantyzmu, dołączając przy tym do wniosków o granty własne szacunki prawdopodobieństwa zagłady świata.
Ewangelia sukcesu
Do niedawna obraz rzeczywistości był niesamowicie prosty. Sam Altman z entuzjazmem kaznodziei tłumaczył na konferencjach, że sztuczna inteligencja pokona nowotwory, zlikwiduje biedę, załata dziury budżetowe i napisze za ludzi arcydzieła literatury, a reszta ludzkości będzie w tym czasie relaksować się przy kombuchy w Palo Alto. Dolina Krzemowa funkcjonowała w atmosferze cyfrowego millenaryzmu, niemal quasi-religijnego czekania na świecki raj - świat, w którym dostatecznie duża liczba tokenów, terawatów energii i petabajtów zdigitalizowanej wiedzy ludzkiej wystarczy, by na ekranie zajaśniała absolutna prawda.
Ten system wierzeń miał swoje niepodważalne zasady. Trzeba było jedynie uwierzyć w potęgę wzrostu wykładniczego. Modele językowe miały zostać nowoczesnymi alchemikami, a ich konstruktorzy - kapłanami epoki powszechnego dobrobytu. Komunikat brzmiał jasno: dajcie środki finansowe, dajcie dane, uwolnijcie od regulacji, a w zamian powstanie cyfrowe bóstwo, które rozwiąże za nas wszystkie uciążliwości codzienności.
Ten plan rozpada się dziś na naszych oczach. Po opadnięciu kurtyny okazało się, że w miejsce wybawców w bluzach z kapturem zostali zagubieni technokraci. Miejsce obiecanego raju zajęła nowa odsłona cyfrowej zimnej wojny oraz grupa wystraszonych wizjonerów. Ludzie, którzy dopiero co podpalili lont pod fundamentami cywilizacji, teraz z udawanym niepokojem tłumaczą w telewizji śniadaniowej, czemu w pomieszczeniu jest tak gorąco. Technologiczny optymizm poniósł klęskę. Na jego gruzach powstała najbardziej dochodowa, kosztowna i nowoczesna branża naszych czasów - przemysł strachu.
Kościół Dni Ostatnich Doliny Krzemowej zajął się handlem tym, czym od zawsze żyje każda religia - strachem i nadzieją, przestrogą i obietnicą. Nic nowego pod słońcem, jeśli chodzi o pomysłowość ludzi z krzemowej doliny.
Pekin, Waszyngton i widmo czipowego głodu
Wystarczy przejrzeć bieżące nagłówki, by zobaczyć Waszyngton i Pekin uwięzione w geopolitycznym impasie przypominającym najbardziej napięte chwile wyścigu zbrojeń z okresu kryzysu kubańskiego. Amerykańska narracja, podbijana chętnie zarówno przez jastrzębi z Kapitolu, jak i przez szefów największych firm technologicznych, w tym Sama Altmana z OpenAI oraz Dario Amodeia z Anthropic, brzmi jak wyjęta z dokumentów Pentagonu z połowy XX wieku.
Sztuczna inteligencja z korporacyjnego narzędzia czy zabawki do generowania obrazków przekształciła się w strategiczny zasób o kluczowym znaczeniu. Historia opowiadana przez amerykańskich technokratów jest bezpardonowa: jeśli Zachód przystanie choćby na chwilę w wyścigu, autorytarny Pekin natychmiast wykorzysta tę okazję i wprowadzi na świecie swój model cyfrowego totalitaryzmu.
Pod tą wojenną retoryką kryje się jednak zwykły amerykański rynkowy cynizm. Strach przed Chinami stał się skutecznym narzędziem przetargowym. Kiedy politycy w Waszyngtonie obawiają się "chińskiego zagrożenia AI", inwestorzy z ochotą otwierają portfele. Jedna wzmianka o azjatyckim rywalu wystarcza, by rządowe wsparcie dla infrastruktury energetycznej, ulgi podatkowe czy specjalne przepisy dla Big Techu przechodziły przez parlament bez pytań o prywatność czy prawa pracowników.
Chiny doskonale rozumieją tę rozgrywkę Zachodu. Ich odpowiedź jest bezpośrednia: amerykańskich gigantów obwiniają o wywoływanie paniki i geopolityczny szantaż. Chińscy urzędnicy oraz prasa państwowa oceniają apele Altmana i Amodeia o wprowadzenie globalnych mechanizmów bezpieczeństwa jako próbę zmonopolizowania rynku przez Dolinę Krzemową, ukrytą pod pretekstem troski o losy planety.
Co istotne, w tej rywalizacji na groźby kryje się gorzka prawda o słabościach obu stron. Chiny, mimo wielu udanych zastosowań, borykają się z niedostatkiem sprzętu, bo amerykańskie sankcje na czipy, półprzewodniki i litografię utrudniają im drogę do dominacji. Z kolei Amerykanie, mający dostęp do zaawansowanego sprzętu, mają problem z dostępnością energii, przepustowością infrastruktury sieciowej oraz brakiem pomysłu na zarobek z ogromnych inwestycji bez ciągłego straszenia konfliktem. Cyfrowa zimna wojna okazuje się grą wzajemnego szantażu, w której przeciętny obywatel jest jedynie widzem.
Doomeryzm jako najnowszy model biznesowy
Po drugiej stronie tej rywalizacji widać jeszcze bardziej intrygujące i głębsze zjawisko psychologiczne - cała branża AI popadła w poważny kryzys egzystencjalny. Beztroski technologiczny optymizm ostatnich lat ustąpił miejsca doomeryzmowi, czyli zwrotowi w kierunku ciemnych, apokaliptycznych scenariuszy.
Wyłania się z tego mroczny, choć wyjątkowo interesujący obraz naszych czasów. Technologia nie jest już opisywana jako narzędzie wyzwolenia społecznego, skracania godzin pracy czy rozwiązania kryzysu klimatycznego. Stała się zamiast tego opowieścią o paraliżującym strachu - geopolitycznym ("Chiny nas wyprzedzą i podporządkują") oraz metafizycznym ("sztuczna inteligencja obudzi się i zrobi z nas baterie").
Nasuwa się jednak logiczne pytanie: czemu przedstawiciele Doliny Krzemowej z takim entuzjazmem przyjmują dziś rolę pokutników, ogłaszając nadchodzącą katastrofę na łamach branżowych mediów? Powód jest banalnie prosty - wizja końca świata dobrze się sprzedaje.
To najstarszy trik na świecie, tylko w cyfrowym przebraniu. Jeśli przekonasz inwestorów, decydentów i społeczeństwo, że twój produkt jest tak potężny, że w niewłaściwych rękach może zniszczyć porządek społeczny, automatycznie czynisz go najcenniejszym towarem na planecie.
Wywoływanie strachu przed apokalipsą to w praktyce wyjątkowo skuteczna forma lobbingu. Jeśli AI stanowi zagrożenie porównywalne z bronią atomową, to z kim powinny konsultować się rządy przy tworzeniu przepisów? Oczywiście z tymi, którzy je stworzyli i najlepiej rozumieją - garstką monopolistów z Kalifornii. Tak buduje się doskonałą przeszkodę dla konkurencji. Startup z Europy albo Azji nie otrzyma zgody na tworzenie zaawansowanych modeli, bo nie zapewnia "bezpieczeństwa gatunkowego". Kontrola nad cyfrową przyszłością zostaje w rękach nielicznych korporacji.
Apokaliptyczna narracja stała się najbardziej dopracowaną strategią marketingową obecnego stulecia. Twórcy technologii przypisują sobie rolę współczesnych Prometeuszów - poświęcają się dla dobra ludzkości, niosą ogień, ale przy tym ostrzegają, że ten sam ogień może spalić cały las, więc trzeba im płacić za gaśnicę w formie abonamentu.
Wielka ucieczka od teraźniejszości
W tym całym technologicznym widowisku najbardziej zastanawiające jest to, jak efektywnie narracja o apokalipsie odwraca uwagę od realnych i palących problemów, które AI wywołuje już teraz.
Dyskutujemy o hipotetycznym buncie maszyn za pięćdziesiąt lat, gdy tymczasem tuż za rogiem trwa cicha degradacja. Nikt nie rozmawia o tym, jak algorytmy już teraz niszczą rynek pracy, przesuwając kolejne zawody do cyfrowego proletariatu. Nikt nie mówi o gigantycznym zużyciu energii i wody - o tym, że jedno zapytanie do złożonego modelu może pochłonąć energię odpowiadającą wielogodzinnemu świeceniu żarówki, a centra danych zużywają miliony litrów wody pitnej w regionach cierpiących na suszę.
Unikamy rozmowy o cyfrowym kolonializmie, w którym korporacje technologiczne pozyskują dane ludzkości bez zgody, bez respektowania praw autorskich i bez godziwej rekompensaty dla twórców. Nie zauważamy, że internet został zalany syntetycznymi treściami, które podkopują zaufanie społeczne i degradują debatę publiczną.
Takie tematy nie pasują do elegantnych paneli dyskusyjnych. Znacznie bardziej szlachetnie brzmi pytanie, czy za dziesięć lat cyfrowa nadświadomość uzna ludzkość za coś niepożądanego. Katastrofizm jest po prostu wygodny. Uwalnia od odpowiedzialności za skutki wprowadzania na rynek niedopracowanych produktów już teraz. Skoro toczy się walka o przetrwanie gatunku, kto zajmuje się prawami autorskimi jakiegoś ilustratora czy stabilnością sieci energetycznej w niewielkim mieście?
Dotarliśmy do punktu, w którym doomeryzm funkcjonuje jak zasłona dymna. Elita technokratyczna skutecznie odwraca naszą uwagę od bieżących spraw, częstując nas futurystycznym mrokiem. Zamiast żądać odpowiedzialności za to, co robią z naszym społeczeństwem dziś, wypatrujemy w niebie cyfrowych jeźdźców apokalipsy.
biznes skupia się na modnych i głośnych terminach, na narracjach, sianiu strachu i dezinformacji, aby odwrócić naszą uwagę od powszechnego i zaplanowanego gównowacenia wszystkiego. Produkty i usługi stają się gorsze, bo biznes wie, że może sobie na to pozwolić. Niektóre firmy są zbyt wielkie aby upaść, zbyt potężne aby się od nich uwolnić i zbyt cwane, żebyśmy migli o tym nawet pomyśleć. Zamiast domagać się zmian tu i teraz, myślimy o klęskach i/albo rajach w przyszłosci.
Cory Doctorow
Towarzysze cyfrowej apokalipsy
Ujawnia się tutaj stara, wciąż aktualna zasada cyfrowego kapitalizmu: technologia kontrolowana przez wielki kapitał rzadko powstaje po to, by odpowiadać na rzeczywiste potrzeby ludzi. Od początku służy przede wszystkim budowaniu wpływów, koncentracji zasobów finansowych oraz przekonywaniu użytkowników, że bez garstki firm z Doliny Krzemowej czeka nas cywilizacyjna katastrofa.
Wcześniej oferowano wizję cyfrowego raju i powszechnego dostępu do wiedzy. Dzisiaj, gdy ta obietnica okazała się iluzją, w jej miejsce podaje się nam permanentny niepokój. Żyjemy w rzeczywistości, w której technologia nie ma już przynieść wybawienia. Ma trzymać nas w nieustannym kryzysie i stałej gotowości.
Konflikt z Chinami, groźba wyginięcia ludzkości, wyścig o tokeny i czipy - to różne elementy tej samej rozgrywki. Jej celem jest doprowadzenie do sytuacji, w której rządy przekażą Big Techowi resztki niezależności politycznej i budżetowej pod pretekstem "bezpieczeństwa narodowego".
Nie warto dawać się na to złapać. Sztuczna inteligencja nie zamieni się w nowe bóstwo, które zniszczy świat błyskiem cyfrowego światła. Dużo bardziej realny - i dużo bardziej niepokojący - jest scenariusz przyziemny: technokraci, strasząc końcem świata, po cichu przejmą resztki naszych zasobów, uzależnią od swoich usług wszystkie sfery życia, a na końcu wystawią za to wysoki rachunek.
Nic tak dobrze nie generuje dotacji publicznych, nie eliminuje rywalizacji i nie zamyka ust krytykom jak przekonanie, że ratujemy ludzkość przed katastrofą - tą samą katastrofą, którą sami, na naszych oczach i za nasze pieniądze, projektujemy każdego dnia od poniedziałku do piątku.
Źródło: Spider's Web


