Cyfrowe klony polityków: jak generatywna AI zmienia kampanie wyborcze na świecie
Awatary napędzane sztuczną inteligencją coraz częściej zastępują prawdziwych kandydatów w komunikacji z wyborcami. W Polsce ten trend jeszcze się nie rozkręcił, ale eksperymenty z grafikami generowanymi przez AI już trwają.
Nie tak dawno pomysł cyfrowego duplikatu polityka wydawał się czystą fantastyką. Obecnie, dzięki możliwościom generatywnej sztucznej inteligencji, sztuczne awatary zaczynają odgrywać realną rolę w kampaniach wyborczych na całym świecie. Nad Wisłą fenomen ten na razie się nie zadomowił, choć to prawdopodobnie wyłącznie sprawa czasu - polscy politycy już testują grafiki tworzone przez AI, a prędzej czy później odkryją kolejne sposoby oddziaływania na wyborców. Nie warto łagodzić oceny potencjalnej szkodliwości takich praktyk, bo manipulacja odbywa się na wielu poziomach percepcji jednocześnie - subtelnie i głęboko, choć jej rzeczywista siła oddziaływania wciąż nie jest do końca zbadana.
Sztuczna inteligencja przyspiesza rozwój technologiczny, ale równie skutecznie wspiera zjawiska niebezpieczne - dezinformację, zaawansowane manipulacje, wyłudzenia i oszustwa. Deep fake'i od dawna uznaje się za szczególnie groźne dla przestrzeni informacyjnej i bezpieczeństwa indywidualnych osób. Napotykamy je coraz częściej, nierzadko bez świadomości, że mamy do czynienia z treścią syntetyczną.
Wbrew powszechnemu przekonaniu, deep fake'i to nie tylko narzędzie ośmieszania rywali politycznych. Znaczna ich część to przemocowa pornografia, podszywanie się pod inne osoby w celu wyłudzenia pieniędzy albo próby oszukania systemów biometrycznych. Nie bez powodu Rafał Brzoska prowadzi obecnie spór z Metą - jego wygenerowany wizerunek świetnie się klika. Fałszywe materiały pokazują go rzekomo biącego żonę, aresztowanego, promującego podejrzane inwestycje. Autor artykułu przyznaje, że stracił rachubę, ile razy sfałszowany Karol Nawrocki zachęcał go na Facebooku do udziału w biznesie przypominającym piramidę finansową.
Epistemiczna apokalipsa
Produkcja takiego materiału stała się dziś banalnie prosta. Algorytmy AI analizują barwę i ton głosu, a także precyzyjnie odwzorowują mimikę i ruch ust w synchronizacji ze słowami. Wystarczy kilkanaście sekund naszej wypowiedzi, by sklonować głos i użyć go do podłożenia dubbingu pod praktycznie każde nagranie.
Łatwy dostęp do takich narzędzi spowodował lawinowy wzrost liczby syntetycznych materiałów krążących w sieci. Jednocześnie postęp technologiczny podniósł ich jakość do poziomu, w którym dobrze wykonane fałszywki są nierozróżnialne od oryginału. Już w 2022 roku badanie przeprowadzone przez naukowców z Lancaster University i University of California pokazało, że większość uczestników nie potrafiła odróżnić prawdziwych twarzy od wygenerowanych przez AI. Co więcej, te sztuczne oceniali jako bardziej godne zaufania.
Postęp w tworzeniu realistycznych deep fake'ów budzi zrozumiały niepokój naukowców o przyszłość naszej zdolności odróżniania prawdy od fałszu. Nowa technika oszukiwania wzroku podkopuje jeden z najstarszych paradygmatów ludzkości - bezwarunkowe zaufanie do tego, co widzimy. Zasada "nie uwierzę, aż zobaczę" jeszcze niedawno miała sens, choć manipulacja obrazem ma długą historię sięgającą daleko poza możliwości Photoshopa. Sztuczna inteligencja wprowadziła jednak nowy poziom wyrafinowania, który zmusza do ponownego zdefiniowania, co właściwie znaczy "autentyczny" materiał medialny.
Biblijne "błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli" brzmi dziś niemal ironicznie i wymagałoby solidnej korekty. Prawdziwym błogosławieństwem staje się bowiem zdrowy sceptycyzm i umiejętność weryfikowania informacji. Bardziej aktualne wydaje się odwrócone "błogosławieni, którzy widzieli, a nie uwierzyli" - choć czasem najlepiej byłoby wcale nie zobaczyć.
Większość politycznych deep fake'ów służy dyskredytacji i ośmieszaniu przeciwników, stawiając ich w kompromitującym świetle. Joe Biden potyka się o piłki golfowe. Kamala Harris przemawia na komunistycznym wiecu. Szymon Hołownia płacze na sali sejmowej. Donald Tusk - przynajmniej w wersji rozpowszechnionej przez jednego z posłów Solidarnej Polski - rzekomo mówi, że "oszukał miliony Polaków".
Warto jednak wyobrazić sobie sytuację odwrotną: deep fake wykorzystywany nie do kompromitacji, a do podniesienia atrakcyjności polityka, wzmocnienia jego przekazu albo dotarcia do grup, które dotąd były poza zasięgiem. Rozwój technologii dał politykom potężny instrument do kreowania własnego image'u.
Sztuczna inteligencja może im dać możliwość turbodoładowania. Docelowo taki "technologiczny doping" w świecie cyfrowym ma wywołać określone skutki w świecie realnym. Najlepiej przy urnie wyborczej.
Pytanie brzmi, czy kolejny raz o wyborze naszego polityka zdecyduje w praktyce sztuczna inteligencja.
Anatomia kłamstwa
Mechanizm techniczny jest identyczny jak przy klasycznych deep fake'ach dyskredytujących. Potrzebne są dane wejściowe - nagrania audio lub wideo - które sieć neuronowa analizuje, by odtworzyć charakterystyczny sposób mówienia, gestykulacji i mimiki danej osoby, w tym przypadku polityka. Ten obraz można jednak swobodnie modyfikować i dopasowywać do konkretnej grupy odbiorców, dokładając pożądane cechy albo usuwając niedociągnięcia.
Polityk kiepsko się wypowiada i robi irytujące odbiorców długie pauzy między fragmentami zdań? Teraz będzie mówił zdecydowanie płynniej. Rzadko się uśmiecha i nie wzbudza zaufania? Proszę bardzo, można dołożyć mu nie tylko atrakcyjności poprzez zmianę mimiki, ale i poczucia humoru.
Podczas kampanii prezydenckiej w 2022 roku w Korei Południowej sztab Yoon Suk-yeola, późniejszego prezydenta (który w 2025 roku został objęty procedurą impeachmentu po oskarżeniu o zamach stanu i obecnie odsiaduje wyrok dożywocia), postawił na cyfrowy awatar kandydata. Miał on służyć komunikacji z najmłodszymi wyborcami, wśród których Yoon notował najsłabsze wyniki. Wyprodukowano kilkadziesiąt krótkich filmów, w których wirtualna wersja polityka odpowiadała na pytania obywateli - treść przygotowywał sztab, a AI zajmowała się samą wizualizacją.
Cyfrowy Yoon prezentował się jako bardziej swobodny i skłonny do żartów, co nie było typowe dla prawdziwego polityka. Niektórzy komentatorzy zauważali też, że zniknęły charakterystyczne dla niego tiki - choć mogło to być efektem niedokładności samej syntezy. Setki tysięcy interakcji i miliony wyświetleń świadczyły o sukcesie kampanii, która pomogła zmobilizować młodych wyborców i stała się wzorem dla podobnych działań w innych krajach.
W trakcie kampanii wyborczych w 2023 i 2024 roku w Indonezji i Indiach na masową skalę pojawiały się generowane przez AI filmy i zdjęcia z politykami w rolach głównych. Poważny z reguły premier Indii Narendra Modi stał się nagle gwiazdą internetu, śpiewając wirusowo rozchodzące się piosenki - w całości wygenerowane. W Argentynie dwaj główni kandydaci na prezydenta rywalizowali w tworzeniu stylizowanych plakatów z pomocą AI, prezentując się na nich jako nieustraszeni przywódcy.
Donald Trump poszedł jeszcze dalej, publikując w swoich mediach społecznościowych wygenerowane grafiki przedstawiające go jako papieża albo jako Lorda Sithów - niektóre z nich trafiły nawet na oficjalny profil Białego Domu na platformie X. Amerykański prezydent zaprezentował też wizję przyszłości Strefy Gazy, będącą groteskowym mieszankiem utopii, dystopii i kiczu, z nim samym i Elonem Muskiem jako wybawcami Bliskiego Wschodu rozrzucającymi dolary wśród arabskich tancerek z brodami.
Każdy z wymienionych polityków chciał podnieść atrakcyjność swojego wizerunku, by zmobilizować dotychczasowych zwolenników i przyciągnąć nowych. Są jednak i inne motywacje - część polityków potrzebuje pomocy technologii, by przełamać bariery językowe w komunikacji z wyborcami. Pionierem takich działań był hinduski polityk Manoj Tiwari, którego przemówienia z kampanii w 2020 roku (oryginalnie wygłoszone w angielskim i hindi) zostały wygenerowane w dialekcie haryanvi, którym Tiwari się nie posługuje. Materiały te dotarły, według szacunków, do nawet 15 milionów odbiorców, umożliwiając komunikację ze społecznościami wcześniej niedostępnymi ze względu na różnice językowe i - przynajmniej częściowo - przeciwdziałając ich wykluczeniu z debaty politycznej. W 2024 roku strategię tę na dużą skalę wykorzystali kandydaci w hinduskich wyborach powszechnych.
W książce "Przed waszą erą" autor rozmawiał z jednym z twórców kampanii Tiwariego - Sagarem Vishnoi, dziś kierującym think-tankiem Future Shift Labs, zajmującym się edukacją społeczną w zakresie nowych technologii. Vishnoi przyznał, że wówczas planowali jedynie eksperyment i nie przewidzieli wiralowego sukcesu kampanii - refleksja przyszła dopiero później. Ten moment stał się dla niego punktem zwrotnym: obecnie ostrzega przed manipulacjami z użyciem AI i szkoli tysiące osób w Indiach w zakresie obsługi nowoczesnych systemów.
Warto zostać jeszcze w Azji. Pod koniec 2023 roku uwięziony przez władze pakistański polityk Imran Khan prowadził kampanię wyborczą wprost z celi więziennej - jego wypowiedzi czytał cyfrowy awatar, a nagrania wideo docierały do zwolenników. Rok później w Indonezji "wskrzeszono" zmarłego w 2008 roku prezydenta i wojskowego Suharto, którego wirtualna wersja zachęcała obywateli do udziału w wyborach, jednocześnie sugerując poparcie dla jednego z kandydatów.
"Prawdziwy lud" kocha swojego polityka
Obecnie sztuczna inteligencja służy przede wszystkim do wizualizacji i imitowania polityków, choć zaczynają pojawiać się też eksperymenty ze zmianą konkretnych cech danej osoby. To rozwiązania nowe, wciąż testowane, ale ich obecność w wielu krajach powinna zwrócić uwagę badaczy, regulatorów i społeczeństwa, dla którego kontakt z cyfrowymi wersjami polityków może stać się wkrótce codziennością.
Z podobnymi, choć całkowicie fikcyjnymi postaciami, odbiorcy już się oswajają w mediach społecznościowych, gdzie duże grono fanów mają profile wirtualnych influencerek. Modelki Aitana Lopez i Emily Pellegrini zostały wygenerowane w całości przez AI, a na Instagramie śledzi je po kilkaset tysięcy osób, którym fakt, że są nieprawdziwe, nie przeszkadza. Podobnie jest z polską "koleżanką" tych postaci, Alicją Botowską, która ma równie liczne grono wiernych sympatyków śledzących jej zmyślone perypetie - liczy się atrakcyjność i trafność w grupę docelową, nie autentyczność.
Soft, ale to hardcore
Politycy mają w tej materii spore możliwości działania, co zauważyli już Donald Trump i jego argentyński odpowiednik Javier Milei - może właśnie stąd ich dobre relacje. To zapewne kwestia czasu, kiedy w sieci zaczną krążyć ich w pełni rozwinięte awatary. Amerykańska badaczka Rumman Chowdhury zaproponowała dla takich kreacji termin "softfakes" - brzmiący łagodniej niż deep fake, ale równie zdradliwy. Pod względem technicznym "softfakes" nie różnią się niczym od klasycznych deep fake'ów, a ich potencjał do manipulowania percepcją odbiorców może być równie groźny. Awatar przestaje być tylko przedłużeniem osoby - staje się narzędziem docierania do elektoratu w niespotykanej dotąd skali, kształtującym niedostrzegalnie skojarzenia i błędy poznawcze. W praktyce nic w nich "soft".
Zastanówmy się, co widzi przeciętny odbiorca, gdy polityk biegle przemawia w jego lokalnym dialekcie. Jego percepcja zostaje ukształtowana przez fałszywe wyobrażenie konkretnych umiejętności i cech, które mogą wpłynąć na decyzję wyborczą. Widz nie ma narzędzi poznawczych, by ocenić autentyczność materiału, zwłaszcza jeśli wcześniej nie miał kontaktu z oryginalnym wizerunkiem danego polityka. Takie mechanizmy błędów poznawczych są dobrze znane z deep fake'ów dyskredytujących, gdzie negatywne skojarzenia i nieświadome powiązania wpływają później niekorzystnie na ocenę danej osoby.
Niezależnie od nazwy, "softfakes" - jeśli imitują rzeczywistość - wprowadzają odbiorców w błąd co do autentyczności przekazu. Nie da się jednoznacznie ocenić ich siły perswazyjnej. Na razie nie zdecydowały jeszcze o wyniku żadnych wyborów, funkcjonując raczej jako uzupełnienie tradycyjnych działań kampanijnych. Mimo to pojawiają się poważne wątpliwości, czy taki sposób wykorzystania technologii powinien wejść do głównego nurtu kampanii politycznych.
Czy oswojenie subtelnej manipulacji politycznej jako czegoś niegroźnego nie oznacza w praktyce cichego przyzwolenia na jeszcze intensywniejsze oszukiwanie naszych zmysłów przez polityków? Wiadomo, że politycy często mówią to, co odbiorcy chcą usłyszeć, dobierają krawaty wpływające na podświadomość, a specjaliści od wizerunku wygładzają im zmarszczki na plakatach wyborczych. Pytanie, czy społeczeństwo jest gotowe na polityczną rewolucję napędzaną przez generatywną sztuczną inteligencję, pozostaje otwarte.
Czas postprawdy
Technologia nie zwalnia tempa rozwoju. Wiele osób już teraz funkcjonuje w zamkniętych bańkach informacyjnych tworzonych przez media społecznościowe, przyswajając rekomendowane treści i budując na ich podstawie obraz świata - bez świadomości, że jest to zniekształcone odbicie rzeczywistości, spersonalizowane pod kątem maksymalnego zaangażowania użytkownika.
Wyobraźmy sobie teraz połączenie generowania podrasowanych wersji polityków z personalizacją treści. Czy każdy z nas mógłby otrzymać własnego Trumpa, Tuska czy Kaczyńskiego z indywidualnie dopasowanym przekazem, zgodnym z naszymi poglądami politycznymi? Algorytmy AI już dziś potrafią bardzo precyzyjnie targetować odbiorców na podstawie analizy ogromnych zbiorów danych o zainteresowaniach i aktywności w sieci. Techniczne wdrożenie takiego rozwiązania byłoby naturalną konsekwencją postępu i jego zastosowania w polityce. W hinduskich wyborach powszechnych w 2024 roku odnotowano już przypadki chatbotów opartych na klonowanych głosach popularnych polityków, które dzwoniły do wyborców, zwracając się do nich po imieniu - dane te pobierano bezpośrednio z internetu. Taki "polityk" może rozmawiać jednocześnie z setkami osób, 24 godziny na dobę, bez śladu zmęczenia czy złego humoru.
Nowe, kreatywne zastosowania sztucznej inteligencji w kampaniach politycznych wymuszają poszukiwanie rozwiązań prawnych i wytyczenie granic dopuszczalności reklamy politycznej w internecie. Wdrożeniu takich regulacji musi towarzyszyć ochrona integralności procesów wyborczych. Konfrontacja z tym nieuniknionym zjawiskiem powinna nastąpić możliwie szybko, choć ustawodawcy na razie nie wykazują wystarczającej refleksji w tym temacie.
W przeciwnym razie granice tego, co dopuszczalne, mogą wyznaczać już wybrani politycy-awatary. Potrzeba więc nie tylko regulacji prawnych, ale przede wszystkim nowej kultury odpowiedzialności cyfrowej, zanim kampanie wyborcze zamienią się w konkurs piękności rozgrywany między algorytmami. Edukacja medialna powinna stać się tak podstawową umiejętnością jak nauka pisania, a wszelkie treści generowane przez AI - przejrzyście i wyraźnie oznaczane, z jasną informacją o stopniu ingerencji w wizerunek polityka. Tylko wtedy odbiorca zachowa przynajmniej częściową kontrolę nad tym, co widzi i w co wierzy.
Technologia sama w sobie nie jest wrogiem, o ile rozumiemy jej granice i konsekwencje. W coraz bardziej syntetycznym świecie wybory stają się jednym z testów naszej odporności na cyfrowe iluzje. Jeśli nie nauczymy się odróżniać realnych ludzi od ich cyfrowych kopii, prędzej czy później zagłosujemy nie na człowieka, lecz na jego wygenerowany, zoptymalizowany i spersonalizowany, a przede wszystkim nierzeczywisty wizerunek.
Źródło: Spider's Web


