Co polskie lotniska, BLIK i mObywatel pokazują na tle Europy - reportaż z dziesięciu miast
Autor przez rok podróżował po Europie i sprawdzał, jak codzienne technologie - płatności, zamawianie jedzenia, cyfrowe usługi publiczne - wypadają w porównaniu z Polską. Wnioski są zaskakujące: w wielu obszarach to Polska wyznacza poziom, do którego inni dopiero dążą.
Krytykowanie własnego kraju to nasza narodowa rozrywka - obrywają urzędy, drogi, ceny i prawie wszystko inne. Autor przyznaje, że sam często w to wpada. Jednak po roku spędzonym głównie w podróży i na lotniskach doszedł do wniosku, który trudno dziś publicznie wygłosić: w wielu codziennych sprawach to raczej inne kraje mogłyby brać przykład z Polski.
Nie ma tu mowy o taniej dumie narodowej. Rzecz dotyczy drobnych, codziennych udogodnień, które w Polsce są na tyle powszechne, że przestaliśmy je zauważać - aż do chwili, gdy gdzieś ich nie ma.
Zaczyna się na lotnisku
To właśnie na lotniskach autorowi po raz pierwszy przyszła do głowy myśl, że narzekanie na Polskę bywa niesprawiedliwe. Nawet te krajowe terminale, które sami oceniamy najgorzej, często wygrywają porównanie z portami w popularnych kierunkach wakacyjnych.
Polskie lotniska są zwykle czyste, z jasnym oznakowaniem, kontrola bezpieczeństwa przebiega bez większych zatorów, a czekanie na bagaż rzadko zamienia się w test cierpliwości - o ile nie jest się uczestnikiem jakiejś wycieczki zorganizowanej.
Wystarczy jednak przylecieć do Grecji czy Niemiec, by zobaczyć wyraźny kontrast. Lotniska odwiedzane rocznie przez miliony turystów czasem wyglądają i funkcjonują tak, jakby nikt nie przewidział, że będą z nich korzystać tłumy.
To nie znaczy, że u nas jest bez zarzutu - personel mógłby być choć odrobinę bardziej uśmiechnięty, nawet w typowo polskim, oszczędnym wydaniu. Poza tym jednym elementem, pod względem funkcjonalności, porządku i tempa obsługi, polskie lotniska wypadają lepiej niż te na południu i zachodzie kontynentu.
Jest jednak wyjątek: do skandynawskiego poziomu wciąż nam daleko. Tam lotnisko nie jest przeszkodą, którą trzeba przetrwać, lecz naturalnym, dobrze zaprojektowanym etapem podróży.
Płatności, czyli moment, w którym tęsknisz za BLIK-iem
Pierwszym szokiem za granicą dla Polaka jest brak BLIK-a i ograniczone płatności zbliżeniowe. To nie drobnostka - w 2025 roku system obsłużył 2,9 mld transakcji o łącznej wartości 441,5 mld zł, a liczba aktywnych kont sięgnęła 20,7 mln.
Przelew na numer telefonu, płatność w sklepie czy wypłata z bankomatu bez karty w Polsce to codzienność, a dla większości Europy wciąż egzotyka.
Autor przyznaje, że sam długo nie przepadał za BLIK-iem - przepisywanie kodów, przeskakiwanie między aplikacjami, potwierdzenia przychodzące z różnym opóźnieniem. Zmieniło się to, kiedy BLIK pojawił się w Revolucie - tam działa szybko i intuicyjnie, na tyle, że za granicą zaczyna się za nim tęsknić.
Największy kontrast dają Niemcy. Kraj kojarzony z technologicznym porządkiem w wielu miejscach wciąż trzyma się gotówki. Napis „tylko gotówka” na drzwiach berlińskiej restauracji to żadna ciekawostka, tylko codzienna rzeczywistość.
Tu jednak należy się uznanie Norwegii. W Oslo autor zachwycił się rozwiązaniem, które w Polsce wciąż jest rzadkością: wchodzisz do restauracji, siadasz, skanujesz kod, zamawiasz wszystko z aplikacji i płacisz, praktycznie bez kontaktu z kelnerem.
Może to brzmieć bezosobowo, ale w praktyce znaczy, że zamówienie nikt nie pomyli, napój nie zostanie zapomniany, a na rachunek nie trzeba czekać kwadransa. Zamawiasz dokładnie to, co kliknąłeś - i to wszystko.
W Polsce takie systemy się już pojawiają, ale traktowane są jako ciekawostka. W Oslo to po prostu standard.
Codzienność, czyli Żabka w wersji fińskiej
Największe zaskoczenie kulinarne nie przydarzyło się w restauracji, lecz w zwykłym sklepie. W Helsinkach sklepy przypominające polskie Żabki, tylko większe, oferują standard, którego u nas jeszcze nie ma.
Oprócz gotowych dań można tam samodzielnie skomponować obiad z kilkunastu dostępnych składników - wystarczy wziąć pojemnik, nałożyć to, na co jest się ochota, zapłacić i wyjść. Pełna swoboda wyboru i brak kolejek.
W Polsce funkcjonuje podobny mechanizm, ale w bardziej ograniczonej formie. Żabka przyzwyczaiła nas, że w osiedlowym sklepie można zjeść ciepły posiłek, co w porównaniu z sytuacją z dekady temu jest dużym postępem. Problem w tym, że to wciąż wybór z gotowej oferty - własnej sałatki nie da się tam ułożyć.
Miasto, czyli wszyscy przegrali z hulajnogami
Gdyby trzeba było wskazać jedną cechę wspólną wszystkich odwiedzonych miast, nie byłaby to ani architektura, ani kuchnia, ani język, lecz elektryczne hulajnogi. Od Oslo przez Heraklion i Brugię po Kiszyniów - wszędzie zajęły chodniki, leżą w krzakach i blokują wejścia do budynków.
To jedyny element, w którym te miasta są do siebie łudząco podobne, i jedyny problem, z którym żadne z nich sobie w pełni nie radzi. Polska na tym tle nie wygrywa, ale też nie przegrywa - zwyczajnie dołączyliśmy do globalnego grona ludzi potykających się o porzucone hulajnogi.
W kategorii „transport, którego się nie spodziewałem” prawdziwą niespodzianką okazał się Kiszyniów. Zamiast ekranu z mapą trasy w taksówce leciały filmy z YouTube'a.
Konkretnie: muzyka wygenerowana przez AI razem z równie sztucznie wygenerowanymi teledyskami - klasyczny AI slop puszczany pasażerom w nieskończonej pętli. Autor nie wie, czy to inicjatywa kierowcy, czy jakiejś lokalnej firmy, ale przez całą trasę miał wrażenie, że jedzie przez przyszłość, o którą nikt nie prosił.
Państwo w telefonie
W tej kategorii jest jeden kraj, któremu autor zazdrości najbardziej. Estonia od lat jest europejskim wzorem cyfrowego państwa - praktycznie wszystkie sprawy urzędowe można tam obsłużyć online, a internetowe głosowanie funkcjonuje już od dwóch dekad.
Jako turysta nie miał okazji korzystać z tych rozwiązań na miejscu, ale zauważa, że w tej dziedzinie Polska wcale nie wypada słabo.
mObywatel z cyfrowym dowodem osobistym, e-recepta, rozliczenie PIT w kilka minut, sprawy związane z rejestracją samochodu bez kolejki w urzędzie komunikacji - jeszcze kilkanaście lat temu brzmiałoby to jak żart.
Dziś to codzienność w Polsce, a w wielu krajach zachodniej Europy wciąż stanowi nieosiągalny ideał.
Czego naprawdę zazdroszczę
Żeby tekst nie wyszedł na laurkę dla Polski, autor wskazuje rzeczy, które chciałby u nas wprowadzić:
- Zamawianie przez aplikację w Oslo - bez pomyłek, bez czekania, bez stresu
- Bufet do samodzielnego układania posiłku w sklepach w Helsinkach - Żabka już pokazała, że Polacy chcą jeść w sklepie, teraz czas na kolejny krok
- Skandynawskie lotniska - dowód, że da się jeszcze lepiej niż u nas
- Estońskie e-państwo - mObywatel to dobry start, ale Tallin jest kilka kroków dalej
Są też rzeczy co najmniej ciekawe, choć niekoniecznie wskazane do przeszczepienia na polski gruntu:
- Taksówkowy AI slop w Kiszyniowie - jako doświadczenie antropologiczne bezcenne, jako standard - nie, dziękuję
- Hulajnogowy chaos - wspólny mianownik całej Europy, którego nikt nie potrafi opanować
Co z tego wynika
Podróże dają możliwość spojrzenia na własny kraj z pewnej odległości. Z tej perspektywy Polska wypada zaskakująco korzystnie.
Nie chodzi o ideał - nikt nie twierdzi, że jest idealnie. Ale w sprawach codziennej wygody - na lotniskach, przy płatnościach, w załatwianiu urzędowych formalności - często jesteśmy o krok przed państwami, które sami przez lata stawialiśmy sobie za wzór.
Można uczyć się od Norwegów, jak zamawiać obiad bez pośredników. Można podglądać Finów, jak przerobić osiedlowy sklep na bar sałatkowy. Można patrzeć na Estończyków, jak budować państwo dostępne w telefonie. Autor jednak zauważa, że wracając z każdego z tych miejsc, łapał się na tej samej myśli: dobrze być z powrotem.
Na pytanie, co najbardziej podobało mu się w odwiedzonych dziesięciu miastach, autor odpowiada szczerze: powrót.
To jednak nie koniec podróży. Postawił sobie za cel odwiedzenie wszystkich krajów Europy, więc kolejne lotniska, sklepy i taksówki wciąż są przed nim. Zamierza dalej szukać drobnych rozwiązań ułatwiających codzienne życie - tych, które warto przywieźć do Polski, i tych, które lepiej zostawić tam, gdzie je znalazł.
Źródło: Spider's Web


